Była 6:45 kiedy zadzwonił budzik. Mruknęłam coś pod nosem i wyłączyłam go dłonią. Zakryłam uszy poduszką.
- Skarbie... – nie wiedziałam, czy to sen czy prawda. Ale czyżbym słyszała głos mamy?!
- Mama...? – spytałam zaspana, mrugając powiekami i rozglądając się po pokoju.
Mama się zaśmiała.
- Tak, to ja. Wróciliśmy z tatą o 4 nad ranem.
- Ale fajnie. – uśmiechnęłam się i mocno ją przytuliłam. – A gdzie tata?
- Właśnie pojechał załatwić pewną sprawę... – w oczach mamy błysnęło coś dziwnego.
- Mamo, co jest? – lekko dźgnęłam ją w bok, kiedy zobaczyłam, że cicho się śmieje.
- Nic, Słońce. Idź się przebierz, zawiozę cię do szkoły. – poklepała mnie po kolanie i znowu z tym dziwacznym błyskiem w oku wyszła z pokoju i zeszła na dół.
Wiedziałam, co to oznacza. Że coś się kroi. Jakaś niespodzianka. A że ja uwielbiałam niespodzianki, ogromnie się ucieszyłam. Poszłam do łazienki, zakładając TO . Umyłam twarz, zęby, uczesałam się, a włosy związałam w wysoki kucyk. Fajnie wyglądałam, jak zwykle.
Poszłam na dół, do kuchni. Mama właśnie podawała do stołu dwie miski płatków z miodem. Nasze ulubione.
Zabrałyśmy się do jedzenia.
- Opowiadaj, jak tam w Kalifornii? – spytałam, jedząc powoli.
- Jak w Kalifornii. Gorąco.
- Kąpałaś się chociaż w oceanie? – spytałam z ekscytacją.
- No pewnie. A hotel, mówię ci. Cudo. Musimy cię z tatą kiedyś tam zabrać.
- Okej, trzymam cię za słowo. – zachichotałyśmy.
- Chodź, już chodź. – mama włożyła miskę do zlewu. Założyła ramoneskę i buty, po czym razem wyszłyśmy na podjazd, gdzie czekał samochód mamy (link). Wsiadłam na siedzenie pasażera, a mama kierowcy.
- Jejku, nie mogę się doczekać moich 16-tych urodzin... – rozmarzyłam się.
Mama odpaliła i ruszyłyśmy.
- Nie dziwne. W końcu to wielki dzień.
- No wiem...Oczywiście będę mogła zrobić ogromną imprezę, prawda?
- Hm...Zastanowię się. – mama się zaśmiała.
- Czyli to znaczy „tak”? Bo wiesz, marzył mi się Chelsea. – uśmiechnęłam się pod nosem. Chelsea Hotel był to jeden z najsłynniejszych hoteli w Nowym Jorku.
Mama chrząknęła, ale z uśmiechem.
- Musimy czekać na decyzję taty. Do twoich urodzin jeszcze miesiąc, więc mamy czas.
No tak, urodziłam się 16 czerwca, a był 16 maja. Jeszcze mieliśmy czas.
Dojechałyśmy pod moją szkołę.
- Podjechać po ciebie po lekcjach, czy chcesz czekać na tatę lub Jacksona?
- Zdzwonimy się. Cześć. – cmoknęłyśmy się w policzki. Wysiadłam i podreptałam w stronę szkoły.
Jak zwykle wszyscy się na mnie patrzyli, ale jak zwykle ich ominęłam, żeby wyszukać wzrokiem blond włosy i niebieskie oczy.
Był. Też się na mnie patrzył, a nie jak inni, na auto mojej mamy, która dopiero znikała za rogiem.
Przygryzłam wargę. Nie byłam gotowa, żeby z nim pogadać, twarzą w twarz. Poza tym, nie powinnam się z nim zadawać, skoro uważał za lepsze towarzystwo Stephenie i innych bachorów.
Poszłam prosto pod salę chemiczną.
- Co ty? Gadałaś z nim?! – szeptała zdziwiona i podekscytowana Andy.
- Boże, nie ekscytuj się. Tylko mu podziękowałam. I powiedziałam mu, dlaczego nie jestem u Nadzianych Inaczej, bo się zapytał. A później się pożarliśmy. Chciałam mu wytłumaczyć, że oni go zrujnują, ale nasz Słodki Cody uważa, że oni są the best i otworzą mu wszystkie drzwi do kariery. – mruknęłam, podenerwowana.
Nagle do klasy wszedł ktoś i wszyscy wokół mnie zamilkli. Ale tylko na sekundkę.
- Cody! Codusiaczek! – pisnęła Hannah Burck, podbiegając do blondyna i zarzucając mu ręce na szyję.
Jezu, jak ja jej nienawidziłam i tej jej tapety i tej jej okropnego stylu! I ten głos! Bleee!
Wszystkie siostrzyczki bliźniaczki Burck ubierały się tak samo. Zawsze najwięcej w tych „kreacjach”, oczywiście, było różu.
Odwróciłam się odruchowo i zobaczyłam Cody’ego, który powoli przekraczał próg sali. Uśmiechnął się do Hannah, ale ten uśmiech wyrażał bardziej dezaprobatę, niż miły stosunek do drugiej osoby. Ominął ją i usiadł w ostatniej ławce. Sam.
- Dee, co on tu robi?! – szepnęłam nerwowo.
- Ma z nami chemię. Trzy razy w tygodniu. Jakoś przecierpisz. – poklepała mnie po ramieniu Andy.
- A gdzie jego „świta” ? – spytałam ironicznie.
- Oni mają teraz matmę. Razem z Johnem. Biedaczek. Dobrze, że chociaż jeszcze tam jest Frankie. Przynajmniej będą się trzymać razem.
Zapomniałam, że w Stanach każdy uczeń ma oddzielny plan lekcji. Akurat tak się złożyło, że ja, Andy i John mieliśmy prawie wszystkie lekcje razem, tylko John miał oddzielnie matmę od nas. A Frankie był dalekim kuzynem Johna.
Wyszło więc, że Steph nic nie robiła, żeby każdą lekcję miała z Cody’m. Uśmiechnęłam się kpiarsko. Nasz Pan Rozkapryszony musiał być wielce niepocieszony tym faktem. Ale zdziwiło mnie też, czemu Stephenie nie walczyła o niego. Przecież tak się „ubóstwiali”! Chyba, że...że Cody właśnie chciał się od nich odizolować na chociaż jedną lekcję. Ale tej opcji nie brałam pod uwagę. Była zbyt mało prawdopodobna. Przecież oni „otworzą mu drzwi do kariery”!
Prychnęłam pod nosem, kiedy nasze spojrzenia się złapały. W jego oczach widziałam coś dziwnego...chęć przebaczenia? Chęć współpracy?
Albo mi się tylko zdawało.
- Witam Państwa! – zabrzmiała pani Marshmallow, kiedy tylko skończył się dzwonek.
Westchnęłam pod nosem, po czym spuściłam wzrok, starając się, aby już więcej na niego nie spojrzeć.
- Wiem już, gdzie prawdopodobnie odbędą się moje 16-te urodziny. – oznajmiłam tajemniczo Johnowi i Andy, kiedy zamyśleni szliśmy w kierunku boiska do kosza.
- Tak?! – pisnęła uradowana Dee.
- Gadaj. – puknął mnie lekko w ramię John.
- No więc...prawdopodobnie będzie to Chelsea Hotel. – zobaczyłam ich otwarte szczęki, wybuchnęłam śmiechem.
- Wow... – szepnęła tylko brunetka.
- Właśnie. – dopowiedział czarnul.
Już mieliśmy skręcać i iść prosto na boisko, kiedy znikąd pojawiło się autko mojego taty (link).
- Cześć Roxie! – uśmiechnął się. Spojrzał na Dee i Johna. – Cześć wam.
- Dzień dobry. – powiedzieli.
- Hej, Tatku! – weszłam do auta i przytuliłam tatę mocno.
- Wchodźcie, podwiozę was. – zaproponował tata.
Weszli na tylne siedzenie. Ja siedziałam z przodu.
- Tato, stęskniłam się. – uśmiechnęłam się do niego, kiedy ruszył.
- Ja za tobą też skarbie. A w domu czeka niespodzianka. – zachichotał.
- Jaka, jaka?! – wręcz krzyczałam.
- W swoim czasie.
Odwieźliśmy Andy i Johna. Byłam w domu z tatą o 19. Jeszcze poszliśmy do Burger Kinga, żeby pogadać i zjeść obiad.
- Cześć! – rzuciliśmy do mamy, która siedziała w salonie, oglądając w telewizji „E!” i trzymając coś czarnego na kolanach. Nadstawiłam uszu. To coś...miauczało?!
- Mamo! – krzyknęłam, zdejmując buty i rzucając torbę na podłogę, ale mama mnie uciszyła.
- Cicho, bo się wystraszy! – szepnęła, wskazując głową na czarny kłębek na swojej białej spódniczce.
Ukucnęłam przed tym czarnym „czymś” i pogłaskałam. Miało miękkie futerko i przyjemnie mruczało.
- To dla ciebie. – wyszeptali rodzice. Tata przytulił mamę ramieniem.
- Naprawdę? – zawsze chciałam mieć kota, od kiedy pamiętam. Wzięłam kłębek na ręce i pogłaskałam. Wtem spojrzała na mnie para żółtych, kocich oczu. Tak się przestraszyłam, że cicho jęknęłam. Później zachichotałam. - Jak go nazwiesz? – dopytywała się mama.
- Hm...nazwałabym cię Prima Aprillis...Ale...żeby było krócej, to Aprillis. Bo mnie tak zabawnie wystraszyłeś! – musnęłam nosem jego łepek. Aprillis miauknął.
- Dzięki, dzięki! – wycałowałam mamę i tatę.
Na chwilę chociaż zapomniałam o Cody’m i nieznośnych myślach.
__________________________________________________________________________________
Wiecie, co postanowiłam? Że będę dodawać tyle postów dziennie, ile mi się będzie chciało. :D Dzięki, za to, że dodajecie się do obs. ;* Mam nadzieję, że wam się podobają rozdziały. :D
Pzdr. ;*
sobota, 21 sierpnia 2010
Trzeci : „Pani Najmądrzejsza”
Wróciłam do domu po 21. Kupiłam sobie kilka dodatków. Oto ONE . Johnowi nie za bardzo podobało się nasze chodzenie, bo spóźnił się na próbę do swojej kapeli „Dead Roses”. Za to my z Andy byłyśmy wniebowzięte. Kupiłyśmy sobie super rzeczy. A to, co kupiła sobie Dee (link). A to wszystko dlatego, że w tę sobotę miała ślub brata, Harry’ego. Wyglądała w tym wszystkim ślicznie, co przyznał nawet nieskory do komplementowania naszych zakupów, John.
Zdjęłam buty i poszłam na górę.
- Nie jesteś głodna? – rzuciła tylko prędko Dorinda.
- Nie, mam na górze colę i mi starczy, dzięki. – przeskakiwałam co dwa stopnie. Musiałam szybko znaleźć się w pokoju.
Rzuciłam torebkę przy łóżku i poszłam szybko do mojej łazienki się przebrać w TO ) i związałam włosy w kucyk. Ułożyłam się na łóżku, stawiając przed siebie mojego notebooka (link). Od razu włączyłam Twittera, Facebooka i MySpace. Na Skype’ie od razu zaczęła dobijać się do mnie Dee. Zignorowałam ją tymczasowo, żeby skupić się na szukaniu tej jednej jedynej osoby, która mnie interesowała.
Cody Simpson.
Wreszcie znalazłam jego profil na Facebooku. Zobaczyłam, że jest on-line, więc spisałam jego nazwę Skype’a i zagadałam:
/rozmowa na Skype/
- Cześć.
Cisza.
- Hej. Kto ty?
- Nie domyślasz się? – uśmiechnęłam się pod nosem.
- No nie...RoxanneLullaby...Hm...
- Wysil się. – wstałam na moment, żeby wyjąć z małej lodówki schłodzoną puszkę coca-coli.
- Roxanne? Ta, ze szkoły?
- Możliwe. Dobra, to ja.
- Co chciałaś? – domyśliłam się, że nie jest zbytnio zainteresowany moją osobą. Zasmuciło mnie to i jednocześnie wkurzyło.
- Chciałam cię tylko przeprosić. Myślałam, że zbytnio nie chciałeś mi oddać tej bransoletki, albo ją po prostu ukradłeś i nie chciałeś się przyznać. Sorka.
- Spoko...Chyba. Nie rozumiem tylko jednego. Czemu nie zadajesz się ze Steph i innymi, skoro jesteś taka bogata i no wiesz... wszyscy chcą być tobą?
Przygryzłam dolną wargę.
- To długa historia, Cody...
- Mam czas. :)
- No spoko... No więc...Na początku, gdy tu przyszłam, nie byłam taka bogata. Mój tata siedział w więzieniu, a mama czepiała się każdej pracy, byleby tylko zrobić mi obiad. Wtedy wszyscy wytykali mnie palcami, zwłaszcza Stephenie i inni. Później okazało się jednak, że tata po wyjściu z pudła robi coraz większą karierę. Wciągnął też mamę. Zostali w mgnieniu oka najsławniejszymi i najbogatszymi ludźmi showbiznesu. Więc, także i ja byłam rozpoznawalna i sławna. Coraz więcej ludzi w szkole zaczęło się ze mną zadawać, pokrótce też i Stephenie zaprosiła mnie do swojej grupy. A, zapomniałam ci wspomnieć... – zrobiłam pauzę. – tylko dwoje ludzi na całą szkołę zaprzyjaźniło się ze mną, mimo, że oni byli całkiem nadziani, a ja nie. Andy i John. To oni zostali moimi najlepszymi przyjaciółmi aż do dzisiaj. No więc, byłam w grupie Steph, a zostawiłam na lodzie Dee i Johna. Czułam się trochę podle. Pewnego dnia Stephenie kazała mi przezwać Johna od najgorszych. Powiedziałam, że nigdy tego nie zrobię, w życiu. I odeszłam od nich, co zdziwiło wszystkich w szkole. Od tamtego czasu, omijam tę jej „grupkę specjalnej pomocy” z daleka, a trzymam z zaufanymi.
- O... – widocznie go zamurowało. – Nie wiedziałem, że oni są tacy...
- A co? Pewnie nagadali ci, że to ja jestem taka sławna lalusia, która zadziera noska?
- Coś podobnego. ;D
- Ech...Szkoda mi cię, Cody. Że wpadłeś w to towarzystwo, zamiast trafić na prawdziwych przyjaciół...
- Oni są moimi przyjaciółmi! Chcą po prostu, żeby żyło mi się lepiej. Żebym był wszędzie mile widziany!
- Cody! Nie rozumiesz! Oni mają cię w dupie, chcą tylko twojej kasy! Sama to kiedyś przeżyłam!
- Nie chce mi się z tobą gadać, Pani Najmądrzejsza. Cześć.
- Cody!
Ale on już był off-line.
- Kurwa mać! – zaklęłam pod nosem i wyszłam ze Skype’a. Wyłączyłam notebooka, położyłam go na podłodze i wyciągnęłam IPoda. Włączyłam swoją ulubioną piosenkę. (link)
Miałam ich wszystkich głęboko. Chciałam go przekonać do dobrego, ale to jego wina, że woli zło. Prędzej czy później się opamięta, ale nie zostanie z niego już nic z dobrego chłopaka.
Zakryłam twarz poduszką.
____________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że się spodoba. :D Pozdr. ;*
Zdjęłam buty i poszłam na górę.
- Nie jesteś głodna? – rzuciła tylko prędko Dorinda.
- Nie, mam na górze colę i mi starczy, dzięki. – przeskakiwałam co dwa stopnie. Musiałam szybko znaleźć się w pokoju.
Rzuciłam torebkę przy łóżku i poszłam szybko do mojej łazienki się przebrać w TO ) i związałam włosy w kucyk. Ułożyłam się na łóżku, stawiając przed siebie mojego notebooka (link). Od razu włączyłam Twittera, Facebooka i MySpace. Na Skype’ie od razu zaczęła dobijać się do mnie Dee. Zignorowałam ją tymczasowo, żeby skupić się na szukaniu tej jednej jedynej osoby, która mnie interesowała.
Cody Simpson.
Wreszcie znalazłam jego profil na Facebooku. Zobaczyłam, że jest on-line, więc spisałam jego nazwę Skype’a i zagadałam:
/rozmowa na Skype/
- Cześć.
Cisza.
- Hej. Kto ty?
- Nie domyślasz się? – uśmiechnęłam się pod nosem.
- No nie...RoxanneLullaby...Hm...
- Wysil się. – wstałam na moment, żeby wyjąć z małej lodówki schłodzoną puszkę coca-coli.
- Roxanne? Ta, ze szkoły?
- Możliwe. Dobra, to ja.
- Co chciałaś? – domyśliłam się, że nie jest zbytnio zainteresowany moją osobą. Zasmuciło mnie to i jednocześnie wkurzyło.
- Chciałam cię tylko przeprosić. Myślałam, że zbytnio nie chciałeś mi oddać tej bransoletki, albo ją po prostu ukradłeś i nie chciałeś się przyznać. Sorka.
- Spoko...Chyba. Nie rozumiem tylko jednego. Czemu nie zadajesz się ze Steph i innymi, skoro jesteś taka bogata i no wiesz... wszyscy chcą być tobą?
Przygryzłam dolną wargę.
- To długa historia, Cody...
- Mam czas. :)
- No spoko... No więc...Na początku, gdy tu przyszłam, nie byłam taka bogata. Mój tata siedział w więzieniu, a mama czepiała się każdej pracy, byleby tylko zrobić mi obiad. Wtedy wszyscy wytykali mnie palcami, zwłaszcza Stephenie i inni. Później okazało się jednak, że tata po wyjściu z pudła robi coraz większą karierę. Wciągnął też mamę. Zostali w mgnieniu oka najsławniejszymi i najbogatszymi ludźmi showbiznesu. Więc, także i ja byłam rozpoznawalna i sławna. Coraz więcej ludzi w szkole zaczęło się ze mną zadawać, pokrótce też i Stephenie zaprosiła mnie do swojej grupy. A, zapomniałam ci wspomnieć... – zrobiłam pauzę. – tylko dwoje ludzi na całą szkołę zaprzyjaźniło się ze mną, mimo, że oni byli całkiem nadziani, a ja nie. Andy i John. To oni zostali moimi najlepszymi przyjaciółmi aż do dzisiaj. No więc, byłam w grupie Steph, a zostawiłam na lodzie Dee i Johna. Czułam się trochę podle. Pewnego dnia Stephenie kazała mi przezwać Johna od najgorszych. Powiedziałam, że nigdy tego nie zrobię, w życiu. I odeszłam od nich, co zdziwiło wszystkich w szkole. Od tamtego czasu, omijam tę jej „grupkę specjalnej pomocy” z daleka, a trzymam z zaufanymi.
- O... – widocznie go zamurowało. – Nie wiedziałem, że oni są tacy...
- A co? Pewnie nagadali ci, że to ja jestem taka sławna lalusia, która zadziera noska?
- Coś podobnego. ;D
- Ech...Szkoda mi cię, Cody. Że wpadłeś w to towarzystwo, zamiast trafić na prawdziwych przyjaciół...
- Oni są moimi przyjaciółmi! Chcą po prostu, żeby żyło mi się lepiej. Żebym był wszędzie mile widziany!
- Cody! Nie rozumiesz! Oni mają cię w dupie, chcą tylko twojej kasy! Sama to kiedyś przeżyłam!
- Nie chce mi się z tobą gadać, Pani Najmądrzejsza. Cześć.
- Cody!
Ale on już był off-line.
- Kurwa mać! – zaklęłam pod nosem i wyszłam ze Skype’a. Wyłączyłam notebooka, położyłam go na podłodze i wyciągnęłam IPoda. Włączyłam swoją ulubioną piosenkę. (link)
Miałam ich wszystkich głęboko. Chciałam go przekonać do dobrego, ale to jego wina, że woli zło. Prędzej czy później się opamięta, ale nie zostanie z niego już nic z dobrego chłopaka.
Zakryłam twarz poduszką.
____________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że się spodoba. :D Pozdr. ;*
Zdjęcia.
Cześć, to znów ja! :D Cieszę się, że dzięki reklamie na blogu Natt (link) jest aż 8-miu obserwatorów! :D:D Ale nie z tej "okazji" piszę tę notkę. Zapomniałam dodać zdjęć "bohaterów nie głównych, ale też ważnych" xD No więc, o to te zdjęcia:
Andy Newton

John Millo

Stephanie Jordan

No i to na razie tyle. Jeśli później pojawią się inne osoby z listy "Inni" to dam ich zdjęcia. :D Pozdro. ;*
Drugi : „Bransoletka”
Na przerwie obiadowej zajęłam stolik pierwsza. Zdziwiłam się bardzo. Zawsze to Dee zajmowała stolik przed nami. No cóż, pomyślałam, pewnie coś im wypadło. Usiadłam samotnie na plastikowym krzesełku i wyjęłam z torby swój telefon (link). Weszłam na Twittera i zaczęłam przeglądać wpisy znajomych. Napisałam także swój.
„Dzień jak co dzień, ale atmosfera inna. :D W stołówce, czekając na Dee i Johna. Blondas zatrzymał się w mojej głowie, tak jak myślałam. Mam już dosyyyyć!”
Przygryzłam dolną wargę, nawet nie zauważając, jak ktoś się obok mnie skrada. Podniosłam zażenowana wzrok i jakże mnie wmurowało w krzesło!
- Uhm...Cześć. – odezwał się nieco nieśmiało Cody.
Mruknęłam coś niezrozumiałego pod nosem.
- Wiesz...Jestem Cody. – uśmiechnął się pod nosem.
- A ja Roxanne, ale to już chyba wiesz od swoich „przyjaciół”. – wyparowałam, robiąc cudzysłów w powietrzu. Wcześniej odłożyłam komórkę do torby.
Podrapał się niezgrabnie po głowie.
- No tak...Ale...Coś ci wypadło. Oni mi kazali ci to dać, bo podobno ścigała by mnie policja w całym kraju. – na jego usta wpełzł na sekundę kpiarski uśmiech. No tak, to był ten „efekt bachorzany”. Tak zachowywali się ludzie po przemianie. Po przebywaniu wśród nadzianych bachorów.
- Dobra, nie pieprz, mów lepiej, co mi tam niby ukradłeś. – wściekałam się powoli, ale widząc jego anielską i młodą twarz, zaraz wszystko ze mnie ulatywało.
- Nic ci nie ukradłem, okej?! Po prostu to znalazłem. Masz. Już nie będę ci robić kłopotu, księżniczko. – odłożył coś na stolik, skłonił się teatralnie i z kpiarskim uśmiechem wycofał się do swoich „podopiecznych”.
Zerkałam za nim, aż zorientowałam się, że coś na tym stoliku leży. Od niechcenia spojrzałam na tę ową rzecz.
Moja bransoletka! Bransoletka, którą dostałam od mamy na 12 urodziny! (link)
Była dla mnie okropnie, okropnie ważna. Boże, gdyby jednak te Bachory kazały mu zostawić tą bransoletkę...
Uświadomiłam sobie, jak go potraktowałam. Jak ostatniego śmiecia.
Drżącymi palcami założyłam sobie bransoletkę na prawą rękę. Popatrzyłam na lewo, na dużą grupkę. I wzdrygnęłam się.
Cody patrzył na mnie od czasu, gdy dołączył do „elity” , po naszej „kłótni”. Po tym, jak go tak potraktowałam.
Czułam, że już tu dłużej nie wytrzymam. Zabrałam torebkę i stukając obcasami, wyszłam ze stołówki, z impetem otwierając drzwi. Usłyszałam, że po moim wyjściu zapadła kilkusekundowa cisza.
- Roxx, nie zamartwiaj się. Nie potraktowałaś go tak źle. Po prostu myślałaś, że ją ukradł. A to bardzo prawdopodobne. – uspokajał mnie John.
Szczerze, to ich nie słuchałam.
- John, masz trochę racji. Nie wiadomo, czy on czasem nie specjalnie ją znalazł. Ale może jest inaczej? Może jednak naprawdę go nie znamy? A może tylko zachowuje się tak dziecinnie przy swoich kumplach? Przecież wiesz, co może zdziałać Stephanie, ich „przewodnicząca”. Jest bezwzględna. A może Cody jest tak naprawdę inny... – ciążyła mi ich obecność.
- Poczekajcie, dobra? Nic się nie stało. Znalazł moją bransoletkę. Ale oddał mi ją. Trochę go zjechałam, ale nic się nie stało! Było, minęło. Strasznie to przeżywacie. – dochodziliśmy właśnie do parkingu szkolnego, gdzie już czekało BMW z Jacksonem w środku.
- Podwieźć was? – zaproponowałam.
- Pewnie. – odpowiedzieli.
Wsiedliśmy do auta.
- Cześć Jackson! – przywitaliśmy się.
- Cześć dzieciaki. Dokąd dzisiaj?
- Hm... – spojrzałam na moich kumpli. – Może do Galerii?
- Tak, pewnie.
Jechaliśmy krótko. Żadne z nas już nie poruszyło tematu Cody’ego i zaginionej bransoletki.
A mnie naprawdę zastanawiało, czy on znalazł tą bransoletkę, czy może ją ukradł, jaki był naprawdę i czy chciał z własnej woli oddać mi moją własność, czy naprawdę zmusiły go Bachorzyska.
____________________________________________________________________________________
Chciałam podziękować Natt, mojej friend, że zgodziła się zareklamować mojego bloga. ;* Dzięki niej przybywa obserwatorów. :D Dzięki niej się wybijam. ;p :D Mam nadzieję, że podobają wam się rozdziały. Jakby co, piszcie na gg : 16038230 lub tutaj, w komentarzach. Zajrzyjcie na :
www.czokokalla.fbl.pl
www.kallsssss.odpowie.pl
Pozdro . ;*
„Dzień jak co dzień, ale atmosfera inna. :D W stołówce, czekając na Dee i Johna. Blondas zatrzymał się w mojej głowie, tak jak myślałam. Mam już dosyyyyć!”
Przygryzłam dolną wargę, nawet nie zauważając, jak ktoś się obok mnie skrada. Podniosłam zażenowana wzrok i jakże mnie wmurowało w krzesło!
- Uhm...Cześć. – odezwał się nieco nieśmiało Cody.
Mruknęłam coś niezrozumiałego pod nosem.
- Wiesz...Jestem Cody. – uśmiechnął się pod nosem.
- A ja Roxanne, ale to już chyba wiesz od swoich „przyjaciół”. – wyparowałam, robiąc cudzysłów w powietrzu. Wcześniej odłożyłam komórkę do torby.
Podrapał się niezgrabnie po głowie.
- No tak...Ale...Coś ci wypadło. Oni mi kazali ci to dać, bo podobno ścigała by mnie policja w całym kraju. – na jego usta wpełzł na sekundę kpiarski uśmiech. No tak, to był ten „efekt bachorzany”. Tak zachowywali się ludzie po przemianie. Po przebywaniu wśród nadzianych bachorów.
- Dobra, nie pieprz, mów lepiej, co mi tam niby ukradłeś. – wściekałam się powoli, ale widząc jego anielską i młodą twarz, zaraz wszystko ze mnie ulatywało.
- Nic ci nie ukradłem, okej?! Po prostu to znalazłem. Masz. Już nie będę ci robić kłopotu, księżniczko. – odłożył coś na stolik, skłonił się teatralnie i z kpiarskim uśmiechem wycofał się do swoich „podopiecznych”.
Zerkałam za nim, aż zorientowałam się, że coś na tym stoliku leży. Od niechcenia spojrzałam na tę ową rzecz.
Moja bransoletka! Bransoletka, którą dostałam od mamy na 12 urodziny! (link)
Była dla mnie okropnie, okropnie ważna. Boże, gdyby jednak te Bachory kazały mu zostawić tą bransoletkę...
Uświadomiłam sobie, jak go potraktowałam. Jak ostatniego śmiecia.
Drżącymi palcami założyłam sobie bransoletkę na prawą rękę. Popatrzyłam na lewo, na dużą grupkę. I wzdrygnęłam się.
Cody patrzył na mnie od czasu, gdy dołączył do „elity” , po naszej „kłótni”. Po tym, jak go tak potraktowałam.
Czułam, że już tu dłużej nie wytrzymam. Zabrałam torebkę i stukając obcasami, wyszłam ze stołówki, z impetem otwierając drzwi. Usłyszałam, że po moim wyjściu zapadła kilkusekundowa cisza.
- Roxx, nie zamartwiaj się. Nie potraktowałaś go tak źle. Po prostu myślałaś, że ją ukradł. A to bardzo prawdopodobne. – uspokajał mnie John.
Szczerze, to ich nie słuchałam.
- John, masz trochę racji. Nie wiadomo, czy on czasem nie specjalnie ją znalazł. Ale może jest inaczej? Może jednak naprawdę go nie znamy? A może tylko zachowuje się tak dziecinnie przy swoich kumplach? Przecież wiesz, co może zdziałać Stephanie, ich „przewodnicząca”. Jest bezwzględna. A może Cody jest tak naprawdę inny... – ciążyła mi ich obecność.
- Poczekajcie, dobra? Nic się nie stało. Znalazł moją bransoletkę. Ale oddał mi ją. Trochę go zjechałam, ale nic się nie stało! Było, minęło. Strasznie to przeżywacie. – dochodziliśmy właśnie do parkingu szkolnego, gdzie już czekało BMW z Jacksonem w środku.
- Podwieźć was? – zaproponowałam.
- Pewnie. – odpowiedzieli.
Wsiedliśmy do auta.
- Cześć Jackson! – przywitaliśmy się.
- Cześć dzieciaki. Dokąd dzisiaj?
- Hm... – spojrzałam na moich kumpli. – Może do Galerii?
- Tak, pewnie.
Jechaliśmy krótko. Żadne z nas już nie poruszyło tematu Cody’ego i zaginionej bransoletki.
A mnie naprawdę zastanawiało, czy on znalazł tą bransoletkę, czy może ją ukradł, jaki był naprawdę i czy chciał z własnej woli oddać mi moją własność, czy naprawdę zmusiły go Bachorzyska.
____________________________________________________________________________________
Chciałam podziękować Natt, mojej friend, że zgodziła się zareklamować mojego bloga. ;* Dzięki niej przybywa obserwatorów. :D Dzięki niej się wybijam. ;p :D Mam nadzieję, że podobają wam się rozdziały. Jakby co, piszcie na gg : 16038230 lub tutaj, w komentarzach. Zajrzyjcie na :
www.czokokalla.fbl.pl
www.kallsssss.odpowie.pl
Pozdro . ;*
piątek, 20 sierpnia 2010
Pierwszy : „Kolejna gwiazdka się pogubiła”.
Była 6:40. Dla mnie o wiele za wcześnie. Wstałam z łóżka, a mój pokój wygląda tak (link). Nie chciało mi się okropnie iść do szkoły, ale po chwili usłyszałam głos Dorindy, naszej pokojówki:
- Roxanne, wstawaj, śniadanie gotowe! – krzyknęła.
- Lecę, pędzę. – mruknęłam i włożyłam nogi w kapcie.
Podeszłam do szafy i w końcu wyjęłam TO. Poszłam szybko do łazienki i uczesałam się, umyłam, założyłam ciuchy i ułożyłam włosy. Stwierdziłam, że wyglądam cudnie. Uśmiechnęłam się.
Gdy zeszłam na dół, zauważyłam Dorindę, która ciągle coś robiła. A to sprzątała na stole, a to odkurzała, a to myła podłogę. Nie mogłam się nadziwić, ile ona ma siły.
- Dzięks. – rzuciłam jej, widząc tosta z nutellą. Mmm, pychota. Zjadłam i popiłam sokiem jabłkowym, moim ulubionym.
- Jackson już czeka na podjeździe. – poinformowała mnie pokojówka.
- Tsa, spoko. – podeszłam do drzwi. – Nara. – rzuciłam jej i zamknęłam za sobą drzwi.
Miała rację, nasz rodzinny kierowca czekał już w czarnym BMW (link). Wsiadłam na tylne siedzenie.
- Cześć. – powiedziałam z uśmiechem do mężczyzny po 40-tce. Był mega zabawny. Uwielbiałam go.
- Jak dzisiaj humorek, panno Burberry? Lepszy niż wczoraj? – odpalił auto i ruszył. Do mojej szkoły było ok. 20 min jazdy.
- Tsa. Chyba. Wybacz, ale dzisiaj z tobą nie pogadam. Jakoś... nie mam ochoty. – wzruszyłam ramionami i wyjęłam z torby mojego IPoda (link). Włączyłam Dirty Picture(link). W mig znaleźliśmy się pod szkołą. Wyjęłam słuchawki z uszu, ale nie wyłączyłam odtwarzacza. Wysiadłam.
- Do zobaczenia. – posłałam Jacksonowi przelotny uśmiech i z prostymi plecami, wysoko uniesioną głową i nieśmiałym uśmiechem ruszyłam ku budzie. Nadal słuchałam tej samej piosenki, strasznie mi się podobała.
Wszyscy na mnie patrzyli, to było pewne, ale nagle zobaczyłam jakąś nieznajomą twarz. Zmarszczyłam czoło. Blondynek stał wśród najgorszych z najgorszych. „Rozpieszczone bachorki”. Tak nazywałam ich razem z Johnem i Andy. Dzieciaki nadzianych kasą ludzi. Uważali się za lepszych, bo mieli to, co chcieli, nic nie robiąc. Uważałam, że byli żałośni.
Zignorowałam większą grupkę i podeszłam do siedzących na murku Andy i Johna. Uśmiechali się do mnie, więc im się odwdzięczyłam tym samym.
Wyłączyłam IPoda i schowałam go do torby.
- Widziałaś nowego? – zapytała prosto z mostu Andy.
Wzruszyłam ramionami.
- Może. To ten blondas?
- Tak. Cody Simpson. Dziwne, że go nie znasz. Jest początkującym piosenkarzem. Takie cóś a la Bimber. Nie wierzysz, ile ma lat. – powiedział jak zwykle mądry John.
- No oświeć mnie. – usiadłam obok Andy.
- 13.
Zebrało mi się na wymioty.
- Żartujesz?! Taki młodziak?! I już wśród Bachorów?! – pokręciłam głową.
- No właśnie. Musi być nadziany. Szkoda chłopaka. – dodała nieco smutna Andy.
- Kolejna gwiazdka się pogubiła. Nie pamiętasz Ali Lohan? – westchnęłam, słysząc dzwonek. Wstaliśmy.
- A jednak szkoda.
- Ty masz na niego chrapkę, Dee! – oskarżył ją John.
- Wcale nie! – naburmuszyła się Andy.
Zaciekawiło mnie, dlaczego taki młodziak już zadaje się z takim nieodpowiednim dla niego towarzystwem. Przygryzając wargę, weszłam razem z przyjaciółmi do budynku szkolnego. Obawiałam się, że ten cały Cody będzie mnie nękał w myślach cały dzień.
____________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że się podoba.
PS ; czy ktoś może wie, jak zrobić tak, by link znajdował się tylko w słowie TU ? to dla mnie b. ważne. ^^
EDIT : dzięki bardzo Natt ;*;* :D
- Roxanne, wstawaj, śniadanie gotowe! – krzyknęła.
- Lecę, pędzę. – mruknęłam i włożyłam nogi w kapcie.
Podeszłam do szafy i w końcu wyjęłam TO. Poszłam szybko do łazienki i uczesałam się, umyłam, założyłam ciuchy i ułożyłam włosy. Stwierdziłam, że wyglądam cudnie. Uśmiechnęłam się.
Gdy zeszłam na dół, zauważyłam Dorindę, która ciągle coś robiła. A to sprzątała na stole, a to odkurzała, a to myła podłogę. Nie mogłam się nadziwić, ile ona ma siły.
- Dzięks. – rzuciłam jej, widząc tosta z nutellą. Mmm, pychota. Zjadłam i popiłam sokiem jabłkowym, moim ulubionym.
- Jackson już czeka na podjeździe. – poinformowała mnie pokojówka.
- Tsa, spoko. – podeszłam do drzwi. – Nara. – rzuciłam jej i zamknęłam za sobą drzwi.
Miała rację, nasz rodzinny kierowca czekał już w czarnym BMW (link). Wsiadłam na tylne siedzenie.
- Cześć. – powiedziałam z uśmiechem do mężczyzny po 40-tce. Był mega zabawny. Uwielbiałam go.
- Jak dzisiaj humorek, panno Burberry? Lepszy niż wczoraj? – odpalił auto i ruszył. Do mojej szkoły było ok. 20 min jazdy.
- Tsa. Chyba. Wybacz, ale dzisiaj z tobą nie pogadam. Jakoś... nie mam ochoty. – wzruszyłam ramionami i wyjęłam z torby mojego IPoda (link). Włączyłam Dirty Picture(link). W mig znaleźliśmy się pod szkołą. Wyjęłam słuchawki z uszu, ale nie wyłączyłam odtwarzacza. Wysiadłam.
- Do zobaczenia. – posłałam Jacksonowi przelotny uśmiech i z prostymi plecami, wysoko uniesioną głową i nieśmiałym uśmiechem ruszyłam ku budzie. Nadal słuchałam tej samej piosenki, strasznie mi się podobała.
Wszyscy na mnie patrzyli, to było pewne, ale nagle zobaczyłam jakąś nieznajomą twarz. Zmarszczyłam czoło. Blondynek stał wśród najgorszych z najgorszych. „Rozpieszczone bachorki”. Tak nazywałam ich razem z Johnem i Andy. Dzieciaki nadzianych kasą ludzi. Uważali się za lepszych, bo mieli to, co chcieli, nic nie robiąc. Uważałam, że byli żałośni.
Zignorowałam większą grupkę i podeszłam do siedzących na murku Andy i Johna. Uśmiechali się do mnie, więc im się odwdzięczyłam tym samym.
Wyłączyłam IPoda i schowałam go do torby.
- Widziałaś nowego? – zapytała prosto z mostu Andy.
Wzruszyłam ramionami.
- Może. To ten blondas?
- Tak. Cody Simpson. Dziwne, że go nie znasz. Jest początkującym piosenkarzem. Takie cóś a la Bimber. Nie wierzysz, ile ma lat. – powiedział jak zwykle mądry John.
- No oświeć mnie. – usiadłam obok Andy.
- 13.
Zebrało mi się na wymioty.
- Żartujesz?! Taki młodziak?! I już wśród Bachorów?! – pokręciłam głową.
- No właśnie. Musi być nadziany. Szkoda chłopaka. – dodała nieco smutna Andy.
- Kolejna gwiazdka się pogubiła. Nie pamiętasz Ali Lohan? – westchnęłam, słysząc dzwonek. Wstaliśmy.
- A jednak szkoda.
- Ty masz na niego chrapkę, Dee! – oskarżył ją John.
- Wcale nie! – naburmuszyła się Andy.
Zaciekawiło mnie, dlaczego taki młodziak już zadaje się z takim nieodpowiednim dla niego towarzystwem. Przygryzając wargę, weszłam razem z przyjaciółmi do budynku szkolnego. Obawiałam się, że ten cały Cody będzie mnie nękał w myślach cały dzień.
____________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że się podoba.
PS ; czy ktoś może wie, jak zrobić tak, by link znajdował się tylko w słowie TU ? to dla mnie b. ważne. ^^
EDIT : dzięki bardzo Natt ;*;* :D
Postacie.
Cześć! Jestem Kalls, ale tutaj Little Miss Obssesive lub Obssesive. :D Oznajmiam tylko, że to nie jest mój pierwszy blog. Zaś różni się od innych diametralnie. ;p sami oceńcie, czy jest godny przeczytania. ^^
15 lat, ale wygląda młodziej. Córka Annie i Brandona Burberrych. Mieszka w Nowym Jorku od urodzenia, na Manhattanie. Jest znana jako „córka Brandona Burberry’ego, słynnego reżysera filmowego”. Próbuje podbić świat swoim prześlicznym głosem, ale że dopiero wpadła w ten świat, jeszcze nikt w ten sposób na nią nie patrzy. Nie lubi być uznawana za „rozpieszczonego bachorka” i „beztalencie”. Jej rodzice są strasznie nadziani i kupują jej, co chcą, ale jej się to zbytnio nie podoba. Chciałaby czasami pożyć jak zwykła nastolatka, bez ciągle kręcących się przy niej papparazzich i fotoreporterów. Ma małego, czarnego kotka, Aprillis, którego dostała od taty. Jej dwójka przyjaciół, John i Andy, to normalni nastolatkowie. Poznała ich, zanim jej tata został reżyserem, a jej matka aktorką. Uwielbia modę. Jest najmodniej ubraną dziewczyną w swojej prywatnej szkole. Nie za bardzo lubi sławne osoby, które zadzierają nosa. Sama taka nie jest. Potrafi grać na pianinie.
13 lat. Urodzony w Australii, Sydney. Ostatnio przeprowadził się do NY, na Manhattan, ponieważ rozwija karierę piosenkarza. Mieszka naprzeciwko Roxanne. Gra na gitarze, pianinie. Uwielbia muzykę. Jest nieśmiały, ale gdy poznaje innych bogatych dzieciaków, zmienia się nie do poznania. Staje się zarozumiały, późno wraca do domu i zadziera nosa, jak rozkapryszona gwiazdka. Te zachowanie niepokoi jego matkę, Jasmine Simpson. Cody uważa, że jak jest sławny, powinien robić, co mu się zachce. Tak przynajmniej wpijają mu do głowy jego nowi „przyjaciele”.
Inni :
- Andy Newton (przyjaciółka Roxie)
- John Millo (przyjaciel Roxie)
- Jasmine Simpson (mama Cody’ego)
- Annie i Brandon Burberry (rodzice Roxie)
- Jack Simpson (tata Cody’ego, jest po rozwodzie z mamą Cody’ego)
- Stephanie Jordan, Gary Mason, Joanne „Baby” Jersey, Jason Jordan, Kelly Harrods, Jake Joe (nowi “przyjaciele” Cody’ego, bogate, rozpieszczone bachory)
- Susie Tear, Marcus Daniels (przyjaciele Cody’ego z Australii)
- Hannah, Lilly i Maggie Burck (siostry, próbują poderwać Cody’ego, szkolne plastiki, mają własny zespół, ale okropnie śpiewają, nienawidzą Roxanne)
- i inni : nauczyciele, stylistki itp.
Oczekujcie pierwszego rozdziału niedługo. ;p
Roxanne Juliette Burberry

Cody Simpson

Inni :
- Andy Newton (przyjaciółka Roxie)
- John Millo (przyjaciel Roxie)
- Jasmine Simpson (mama Cody’ego)
- Annie i Brandon Burberry (rodzice Roxie)
- Jack Simpson (tata Cody’ego, jest po rozwodzie z mamą Cody’ego)
- Stephanie Jordan, Gary Mason, Joanne „Baby” Jersey, Jason Jordan, Kelly Harrods, Jake Joe (nowi “przyjaciele” Cody’ego, bogate, rozpieszczone bachory)
- Susie Tear, Marcus Daniels (przyjaciele Cody’ego z Australii)
- Hannah, Lilly i Maggie Burck (siostry, próbują poderwać Cody’ego, szkolne plastiki, mają własny zespół, ale okropnie śpiewają, nienawidzą Roxanne)
- i inni : nauczyciele, stylistki itp.
Oczekujcie pierwszego rozdziału niedługo. ;p
Subskrybuj:
Posty (Atom)