czwartek, 14 lipca 2011

Dziewiąty: "Prezenty"

Resztę dnia w szkole spędziłam zagłębiona w rozmyślaniach o moim Cody'm. Nie wiedziałam, że jest już on "mój". Ale to i tak nie była kwestia posiadania. Czułam, że z nim mogę być szczęśliwa.
Wychodząc ze szkoły wraz z Andy i Johnem, ciągle miałam przed oczami jego oczy. Z rozmarzoną miną szłam przed siebie.
Nagle poczułam na skórze ostry ból i syknęłam.
- Andy! - krzyknęłam, spoglądając na przyjaciółkę z wyrzutem.
Parsknęli obydwoje śmiechem. Pokręciłam głową, uśmiechając się delikatnie.
- Co ten Cody z Tobą robi, o rany! - zachichotała Dee.
- Myślisz tylko o nim. Nawet byś się nie zorientowała, gdybyś przywaliła głową w słup. - zadrwił John.
Pokręciłam głową, nic nie mówiąc. Poniekąd mieli rację. Nagle zauważyłam kątem oka blond głowę czekającą przy bramie szkolnej. Cody pomachał mi, a ja natychmiast do niego pobiegłam. Wylądowałam u niego w ramionach.
- Mam niespodziankę. - mruknął do moich włosów.
Zaśmiałam się.
- A te siedem pakunków pod moimi drzwiami to nie wszystko? - pogładziłam go po policzku.
- Tak się składa, że nie. Bądź gotowa o 18. - uśmiechnął się tajemniczo.
Uniosłam brew.
- To randka? - zachichotałam. Wplótł palce w moje włosy i pokiwał głową. Przyłożył swoje ciepłe wargi do moich ust, całując mnie lekko.
Nagle usłyszałam ciche chrząknięcie. Niechętnie oderwałam się od blondyna i zerknęłam na zniecierpliwionych przyjaciół.
- No co? - wyszeptałam leniwie.
- Nic, nic. Miziajcie się dalej. Ale obiecałaś nam dzisiaj towarzyszyć na próbie Johna. - pokazała mi język Andy.
Machnęłam ręką uspokajająco.
- O której? - dopytałam się chłopaka.
- Za godzinę. - John nie patrzył na nas, wypatrywał kogoś w tłumie wychodzących ze szkoły uczniów. Zdekoncentrowało mnie to, ale zignorowałam to tymczasowo.
- Okej. To ja się zbieram do domu, zaraz przyjedzie po mnie Jackson. Przebiorę się i widzimy się za godzinę. - oznajmiłam przyjaciołom i pożegnałam ich buziakiem. Kiedy odeszli, powróciłam do twarzy Cody'ego. Musnęłam opuszkiem palca jego policzek, kiedy nagle coś trąbnęło. Wyjrzałam zza ramię mojego chłopaka.
- Jackson. - wyszeptałam do niego płaczliwie. Cody się zaśmiał.
- Widzimy się o 18tej. - pocałował mnie szybko, acz delikatnie. Machając mu, wsiadłam do auta cała w skowronkach.


Siedząc w pokoju przed laptopem, zastanawiałam się, dokąd to Cody może mnie zabrać. Po nim nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Podobało mi się to. Uśmiechnęłam się szeroko, upijając łyk Pepsi prosto z lodówki. Kiedy tak myślałam o blondynku, mój rozmarzony wzrok zawitał na biurko pełne kolorowych paczuszek. Dopiero teraz zaczęłam być ciekawa, co jest w środku. Wstałam na równe nogi i podeszłam do nich. Ostrożnie zabrałam jedną ręką wszystkie pakunki i usiadłam na środku łóżka. Wzięłam niebieski prezent do rąk i z rosnącą ekscytacją, rozpakowałam. W środku znajdowało się ozdobne pudełeczko. Otworzyłam je i moim oczom ukazał się prześliczny pierścionek. Zaparło mi dech w piersiach. Od razu go przymierzyłam. Pięknie się iskrzył. Ach, ten Cody! Uśmiechnęłam się rozmarzona. Odrzuciłam pierwsze pudełko na podłogę i zabrałam się za drugie. Oderwałam wstążkę i otworzyłam pokrywkę. W środku znajdowała się cudna torebeczka na łańcuszku! Następne prezenty również sprawiały mi tyle samo radości. Dostałam również perfumy, naszyjnik, buty, bransoletkę i szminkę. Naprawdę nie miałam pojęcia, jak się odpłacę za to wszystko Cody'emu.
Byłam wśród papieru ozdobnego, pudełek i wstążek, kiedy zdałam sobie sprawę, która godzina. Nadszedł czas, abym się przyszykowała na spotkanie z moim chłopakiem. Zaklaskałam w ręce, ucieszona i trochę zdenerwowana. Zaczęłam sprzątać bałagan po prezentach, a podarki schowałam do szuflady. Wyłączając laptopa, pognałam do łazienki, mając zamiar się ogarnąć.
Umyłam i wysuszyłam włosy, potem zdecydowałam, że ubiorę się w TO. Podkręciłam włosy na lokówce, aby powstały lekkie fale. Pomalowałam rzęsy tuszem, delikatnie przypudrowałam policzki różem i musnęłam powieki białym, lekko iskrzącym się cieniem. Wyszłam z toalety, przeglądając się w podłużnym lustrze w moim pokoju. Uśmiechnęłam się promiennie.
- No i cudnie. - zadecydowałam, schodząc na dół. Serce biło mi jak szalone, bo dochodziła 18-ta.
Nagle rozdzwoniła się moja komórka. Wywracając oczami, zatrzymałam się przy drzwiach, wyciągając telefon z torebki. Przyłożyłam go do ucha, patrząc, jak mama z zachwytem kiwa głową na mój widok. Posłałam jej całusa.
- Halo? - odpowiedziałam do słuchawki.
- No hej Królewno! Czy przypadkiem aby o czymś nie zapomniałaś? - zadrwiła Andy.
Zastanowiłam się moment i puknęłam w czoło.
- Wybaczcie, że nie byłam. Zajęłam się odpakowywaniem prezentów no i potem się przebierałam na randkę z Cody'm...Jutro wam to jakoś wynagrodzę. O! - zaświtała mi myśl. - Zaraz po szkole zabieram was do kina. Umowa stoi?
Dee zastanowiła się.
- Dobra. Umowa stoi. - odrzekła, nadal trochę wkurzona. - No i tego... Miłej randki. - dodała cieplejszym tonem, chichocząc do telefonu.
- Dzięki! Do zobaczenia. - rozłączyłam się i włożyłam komórkę do torebki. Podeszłam do mamy.
- Wyglądasz cudnie, Koteczku. - zaklaskała w ręce. Obróciłam się i zaśmiałam. Nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Mamuś, to Cody. - pisnęłam.
- Miłej randki. - mama mnie uściskała. Podeszłam do drzwi, starając się uspokoić moje narwane serducho.
W drzwiach stanął On. Wyglądał nieziemsko. Miał na sobie czarne spodnie, bladoróżową koszulę i nowoczesną marynarkę. Wyglądał schludnie, ale i na luzie.
- Cześć. Wyglądasz cudownie. - szepnął mi we włosy, całując mnie delikatnie w policzek. Zarumieniłam się.
- Dzięki. Ty także. - uśmiechnęłam się wesoło.
-Chodźmy już. Do widzenia! - krzyknął do mojej mamy, która siedziała na kanapie w salonie.
- Pa, mamo!
- Pa, dzieci. Miłej zabawy.
Wyszłam za nim z domu, pełna stresu, niezdecydowania i zainteresowania. Nie miałam pojęcia, gdzie mnie zabiera. Najważniejsze było to, że mogliśmy ten wieczór spędzić razem.
___________________________________________________________________
Hej wam! Powracam, tak jakby. ;) Zapomniałam o tym blogu. Jednak ostatnio zaczęłam go czytać od nowa, przeglądać. I zatęskniłam. :D Postanowiłam napisać notkę, ale nie obiecuję, że będę tu wpadać często i regularnie. To zależy od mojego nastroju. Mam nadzieję, że nie straciłam wprawy i będzie się podobać. :) :p

wejdźcie w wolnej chwili na mojego photobloga :)

pozdro. ;*

piątek, 10 września 2010

I'm sorry.

Hey! Po pierwsze, to wielkie I'M SORRY dla wszystkich tych, którzy czekali na nowy rozdział, a tu d*pa. xD Po prostu zaczęła się szkoła, niestety. -.- a ja do pierwszej gim. poszłam. No i wyszło tak, że matma mnie przeraża, po wfie mam zakwasy jak cholera, a reszta to masakra. Ale spoko jest.

No więc, nie miałam absolutnie czasu. Ale postaram się napisać nową notkę już niedługo. Mam już nawet zestaw na polyvore, więc nie zajmie mi to dużo czasu. ;p

A tak wgl : wielkie DZIĘX dla tych, co się dodali do obs., a kilka tych osób jest. ;p widzę, że się rozkręca. ;]

wpadnijcie na drugiego BLOGA :D

pzdr. ;** :D

sobota, 28 sierpnia 2010

Ósmy : "Jesteś tylko zwykłą skałą"

Obudził mnie nieznośny budzik, który najchętniej zakopałabym 500 metrów pod ziemią. Mruknęłam coś pod nosem i zaczęłam macać dłonią szafkę nocną, aż natknęłam się na zegarek. Walnęłam mocno w mały guziczek na górze i mój "alarmowy kolega" wreszcie się zamknął. Ziewnęłam potężnie.
Nagle coś mnie liznęło po twarzy.
- Aprillis? - mruknęłam niezrozumiale, łapiąc kociaka w dwie dłonie. Zrzuciłam go dość brutalnie na podłogę.
Miauknął i powędrował do swojego kącika, gdzie miał przytulny kocyk.
Byłam niewyspana. Wstałam do pozycji siedzącej i zerknęłam na poduchę. No, nie dziwne, że źle spałam, skoro pod poduszką miałam kilka większych paczuszek. Zastanawiało mnie tylko jedno.
Kurde, skąd one się wzięły pod moją poduszką?!
- Mamooooo! - krzyknęłam przeciągle, wstając z łóżka. Nawet kapci nie włożyłam. I nie ciekawiło mnie zbytnio, co się w owych paczuszkach znajduje.
Znalazłam mamę na kanapie, jedzącą drożdżówkę z jabłkiem i popijając herbatą w jej ulubiony kubek - dostała go ode mnie na 35 urodziny.
- Cześć, Skarbku. - mama się do mnie promiennie uśmiechnęła, wracając do oglądania E!
- Mamo, mam pytanie. - siadłam na skraju fotela.
Nieco zmarszczyła brwi.
- Co się stało? - spytała, mając się na baczności.
- No wiesz...skąd te paczuszki pod moja poduszką? Po pierwsze : wieczorem ich nie było. Po drugie : strasznie mnie teraz kark boli.
Mama od razu się odprężyła i zaśmiała w głos.
- Ach, przykro mi, Kochanie. Zastałam je dziś rano pod drzwiami. Wszystkie były dla ciebie. - uśmiechnęła się tajemniczo, jakby była w całą tą intrygę wplątana.
Machnęłam ręką i poszłam na górę.
- Co zjesz?
- Omlet i herbata. - rzuciłam.
Kiedy wbiegłam do pokoju, była już 7:40. Nie zajrzałam do pakunków, ale miałam pojęcie, kto je mi przysłał.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
Cody.
Nie miałam czasu, aby je wszystkie rozpakować. Zaraz...Sześć paczek? Siedem!? To była już przesada.
Westchnęłam radośnie, kierując się do łazienki. Umyłam włosy, wysuszyłam je, uczesałam, związałam w niedbały kok spięty brązową spinką i ubrałam się w TO . Zbiegłam po schodach na dół, czując piękny zapach omleta. Usiadłam przy stole.
- Proszę, Skarbie. - mama się uśmiechnęła i dała mi talerz.
- Dzięks. - zabrałam się do jedzenia. Mam w tym czasie poszła na górę.
Zdziwiłam się.
- Idziesz gdzieś? - krzyknęłam w stronę schodów.
- Odwiozę cię do szkoły i muszę jechać do taty, zapomniał jakichś papierów, które są podobno BARDZO ważne. - zachichotała, schodząc po schodach. Wybałuszyłam oczy. Nie no, mama nigdy tak się nie ubierała! ( link ) .
- I co, ładnie mi? - chichocząc, obróciła się wokół własnej osi.
Przetarłam oczy i udałam zachwyt.
- Ślicznie. - mruknęłam ze sztucznym uśmiechem. Wszystko musiałam sobie poukładać. Odłożyłam talerz i do
połowy wypitą herbatę na bok i podeszłam pod drzwi.
- Idziemy? - mama wyłączyła telewizor i wyszłyśmy na dwór. Spojrzałam na nią kątem oka. Nie poznawałam jej. Promieniała od wewnątrz. Czyżby coś się stało? Nie miałam pojęcia, czemu mama się tak wyzywająco ubiera, przecież miała jechać tylko do taty...Weszłam na przednie siedzenie, a mama obok mnie. Odpaliła samochód. Wyjechałyśmy na ulicę.
- Córciu, mogłabyś dzisiaj od razu po lekcjach przyjść do domu? - spytała nagle mama, przerywając śpiew wraz z jakimś wokalistą, który śpiewał w radio.
Przerwałam swoje rozmyślania i spojrzałam na nią.
- A mogę wiedzieć czemu? - nie chciałam, żeby to zabrzmiało odpychająco, ale chyba za mało się postarałam, bo mama zmarszczyła brwi.
- Po prostu. Chcemy dzisiaj już pojechać do Chelsea. - powiedziała mama, niby swobodnie, ale w kącikach jej ust czaił się ekscytujący uśmieszek.
Uśmiechnęłam się szeroko i od razu zmienił mi się humor.
- Na prawdę?! Zgodziliście się?! Ale fajnie! Oczywiście, że przyjdę! - zaczęłam krzyczeć.
Mama zajechała pod szkołę. Zachichotała.
- Tylko żebyś przez tą informację nie olewała lekcji. - poczyła mnie mama.
Pokiwałam głową i dałam jej buziaka w policzek. Wysiadłam z auta i pomachałam jej.
- Kocham cię! - krzyknęłam za nią, ale chyba mnie nie usłyszała. Odwróciłam się na pięcie i poczęłam szukać wzrokiem Andy, Johna i Jego. Cody. Musiałam jemu to wszystko powiedzieć! Od samego początku. Podbiegłam do Andy i Johna, siedzących w tym samym miejscu, co zawsze. Zdawałam sobie sprawę, że moje usta wykrzywia mega olbrzymi uśmiech szczęścia, ale oni przy moim szczęściu wyglądali, jakby chcieli je zaraz zniszczyć. Spochmurniałam.
- No, co jest? - podparłam się pod boki, patrząc na nich z ukosa.
Andy przygryzła wargę, Johnny westchnął.
- Lepiej, żebyś nie wiedziała. - mruknął John, odwracając wzrok.
Powoli mnie wkurzali.
- No gadać! - tupnęłam nogą.
Andy się wzdrygnęła.
- Sama to zobacz. - wstała, złapała mnie za ramiona i odwróciła w stronę większej grupki. Oczywiście, była tam Steph, Gary, Baby, Jason...ogółem, grupa Bachorów. No i trzy "mistrzynie makijażu", nasze kochane, głupiutkie siostrzyczki, Hannah, Lilly i Maggie. A pośrodku...Cody. W jego oczach zauważyłam smutek i lęk. Warknęłam cicho. No nie, ta debilka Stephanie nie zrozumiała, czy co?
- Trzymajcie. - rzuciłam przyjaciołom torbę i zaciskając dłonie w pięści wtargnęłam w środek koła. Wszyscy spojrzeli na mnie, jakbym tu nie pasowała. Tylko na ustach Steph pozostał wulgarny uśmieszek.
- Cho, cho, cho! Kogóż my tu mamy? Naszą ukochaną Roxanne! - wszyscy parsknęli ironicznym śmiechem.
Warknęłam głośniej.
- Czego ty znowu chcesz? - spojrzałam na Stephanie ze złością.
Wzruszyła ramionkami.
- No wiesz... Odebrałaś nam Cody'ego. Ale my tak łatwo się nie poddamy. - zerknęła nagle z miłością na blondyna, który trzymał mnie za rękę. Jego twarz zmieniła się na hardą. - Cody, nie wierz jej. Po prostu chce cię zgarnąć dla siebie. My jesteśmy twoimi przyjaciółmi... - zaczęła nawijać.
- Skończ. - rozkazał Cody. Wszyscy znieruchomieli.
Przygryzł wargę.
- Jak możesz robić coś takiego z ludźmi? Wiesz co? Nie masz własnego życia. Nie masz po prostu w sobie ani milimetra ciepła. Jesteś taką bezużyteczną skałą. A to, że masz masę forsy i ustawioną przyszłość, nie znaczy, że możesz innym dyktować warunki. - oznajmił spokojnie, ale stanowczo.
Popatrzył na mnie z uśmiechem. Objął mnie jednym ramieniem.
- Chodźmy. - szepnął mi do ucha, zostawiając zdezorietnowaną grupę.
Rozejrzałam się. Okazało się, że nie tylko my słuchaliśmy wywodu Cody'ego. Zgromadziła się cała szkoła. Zignorowaliśmy ich i podeszliśmy do Andy i Johna, którzy uśmiechali się triumfalnie.
- O to Cody. Ale chyba nie muszę wam go przedstawiać. - uśmiechnęłam się ciepło do przyjaciół, którzy zachichotali.
- No, czyli nasza dzielna Roxie uratowała biednego chłopaka od wpływu Steph. - zaklaskała Dee.
- Brawo, Cody. Tak trzymaj. - przybili sobie piątkę jak dobrzy kumple.
- Dzięki. Ale Andy ma rację. To przez Roxanne. - spojrzał na mnie z taką czułością, że zapomniałam, jak się nazywam. Odgarnął moje niesforne włosy z twarzy i delikatnie mnie pocałował.
Dźwięk dzwonka przypominał mi cichy trzepot motylich skrzydełek.

___________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że jest okej. ;p Trochę tak się pokomplikowało, nie chcę po prostu, żeby było nudno. ;pp Rozdział może i krótki, ale po prostu jestem wykończona (zakwasy po wfie. ;/ ) i boję się poniedziałku ( kartkówka z matmy ) . Ale leję na to. JEST WEEKEND! :D;D

pzdr. ;*

wtorek, 24 sierpnia 2010

Informacja.

Cześć! Chcę wam wszystkim oznajmić, że założyłam drugiego bloga. Coś mnie zawsze ciągnie do wilkołaków. :D oto on . :D Proszę, dodajcie się do obserwatorów i napiszcie komentarz. To dla mnie bardzo ważne. ;p

Pozdro . ;*

Siódmy: "Spróbujemy?"

Po sesji, z resztą, udanej, przebrałam się spowrotem w swoje ciuchy i pojechaliśmy w trójkę do Mac'a. Zjedliśmy i ruszyliśmy spowrotem do domu.
Kiedy wysiedliśmy, chciałam o coś mamę spytać. I Cody'ego.
- Mamo, Cody mógłby jeszcze chwilę u nas zostać? A ty zaprosisz jego mamę i będzie git. - spojrzałam na chłopaka znacząco. Musiałam odbyć z nim poważną rozmowę.
Mama zmarszczyła czoło, ale pokiwała głową z uśmiechem.
- Oczywiście. Dopiero 17.00 więc jeszcze nie jest tak późno.
- Chodź. - prawie urwałam mu rękę. Weszliśmy do domu, zdjęliśmy buty i szybko poszliśmy do mnie do pokoju.
- Fajnie tu. - skomentował Cody.
- Dzięki. Coś do picia? - podeszłam do małej lodówki.
- Może pepsi. Jak masz.
- Uhm. - wyjęłam dwie puszki pepsi. Usiadłam na skraju swojego łóżka, zaś Cody na obrotowym krzesełku. Podałam mu puszkę.
Otworzył ją i upił łyk.
- Wiem, że bez powodu byś mnie nie zaprosiła. - chciałam coś dodać, ale mnie uciszył. - No więc, pewnie chodzi ci...
- Tak. O to, co stało się w ogrodzie. - wyszeptałam, wystukując paznokciami o puszkę.
- Ach...Nie wiem, co się stało. Tak mi teraz...głupio. Pewnie sobie pomyślałaś, że całuję każdą dziewczynę, jak jej nawet nie znam, co? - westchnął. Spojrzał w bok. - To nieprawda. Po prostu...Super mi się z Tobą gada, Roxie. I bardzo, bardzo miło spędza mi się z Tobą czas. Wiesz... Nie chcę niczego osądzać zbyt wcześnie... Może wtedy po prostu nie pomyślałem. Przepraszam.
Słuchając jego grobowego tonu, serce mi pękało. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Nie przepraszaj. To mi się nawet...podobało. - wykrztusiłam. Taka była prawda. Chciałam go pocałować.
Spojrzał na mnie, zdziwiony.
- Naprawdę? - wyszeptał, siadając koło mnie.
Pokiwałam głową i splotłam palce naszych dłoni.
- Bo wiesz... gdybyśmy jeszcze bardziej się poznali, moglibyśmy ocenić, czy naprawdę do siebie pasujemy...Chcesz spróbować? - spojrzal w moje oczy.
Podniosłam wzrok.
- Tak. Chcę. - szepnęłam.
Nasze twarze zbliżyły się do siebie. Po chwili już czułam miękkie wargi Cody'ego na swoich ustach.


Później siedzieliśmy jeszcze u mnie, bawiliśmy się z Aprillisem, zeszliśmy na dół bo nasze mamy zamówiły pizzę, zjedliśmy ją i w końcu pani Simpson i Cody poszli po godzinie 21.00. Wiedziałam, że jutro muszę rano wstać, więc przebrałam się w TO Usiadłam na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i myślałam. Nie chodziło mi o różnicę wieku. Co to były w końcu dwa małe latka? Ale bałam się, co powie Andy i John. Czy uwierzą Cody'emu tak jak ja? Czy zaufają mu i zaakceptują to, że jesteśmy razem? Upiłam łyk kakao, które miałam naszykowane w kubku z napisem "I love NY" i odstawiłam je spowrotem na szafkę nocną. Bardzo chciałabym móc teraz wszystko opowiedzieć moim przyjaciołom, ale wiedziałam, że pewnie dawno już chrapią. Nagle coś zawibrowało w mojej torbie. Wyjęłam telefon i położyłam się na łóżku.


Cześć! Śpisz? :)
Cody.


Uśmiechnęłam się delikatnie i zabrałam się za odpisywanie.


Nie, nie śpię. A co? :)
Roxie.

Czekałam na odpowiedź dobre parę minut. Wzięłam w ręce Aprillisa, głaszcząc jego śliczne futerko. Zasnął. Po chwili dostałam kolejną wiadomość.

Jutro mam dla ciebie zaplanowany dzień. ;D Więc tak tylko ostrzegam, żebyś nic nie planowała. A teraz idź już spać. Jutro się spotkamy. ;* Kocham Cię.
Cody.

Serce zabiło mi mocniej, kiedy przeczytałam tę wiadomość. Ostatnie dwa słowa wyryły się w mojej głowie, jakby ktoś je tam przyczepił metalowym łańcuchem. Powtarzałam je sobie kilka, kilkanaście razy, zanim odpisałam.

Dobrze, to czekam z niecierpliwością. :D Ty też już zaśnij. ;P Do jutra, Cody. Ja Ciebie też. ;*
Roxie.

Po tym smsie wyjęłam IPoda z torby, słuchawki włożyłam w uszy i włączyłam piosenkę. Zgasiłam światło i wtuliłam się w poduszki. Myślałam tylko o moim najukochańszym. Wiedziałam, że dzięki temu po prostu on mi się przyśni.
Po kilku minutach wpadłam na piękną łąkę.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Szósty : "Sesja"

Nasze wargi dzieliły centymetry.
- Roxie! - usłyszałam krzyk mamy. Od razu się od siebie odsunęliśmy i wstaliśmy. Rozglądaliśmy się.
Nagle pojawiła się mama z Jayem-Z przy boku. Pomachała nam, żebyśmy podeszli.
- Mało brakowało. - zachichotał Cody. Uważał to za śmieszne?
Przywaliłam mu pięścią w ramię, aż syknął i zaczął masować to miejsce.
- Bardzo, bardzo śmiesznie. - mruknęłam ironicznie.
Podeszliśmy do mamy i stanęliśmy jak dwa porządne aniołki.
- Od dzisiaj Jay-Z to twój meneger, Roxx. W sobotę idziemy do Enterteinment Studio's żeby sprawdzili, czy się do nich nadajesz. - uśmiechnęła się mama.
- Naprawdę?! - patrzyłam to na mamę, to na Jaya. - Dzięki! - wyściskałam ich.
- No chodźcie, jedziemy do domu. - mama nas poganiła. Pożegnaliśmy się z Jayem i wsiedliśmy do samochodu mamy.
- Cieszysz się, Roxie? - zapytała mama, kiedy wyjeżdżaliśmy z posesji Jaya-Z.
- Pewnie, i to jak. - zaśmiałam się.
- Cody, pojedziesz z nami jeszcze do Teen Vogue? Roxie ma sesję.
Chłopak spojrzał na mnie i uniósł zawiadacko brwi.
- Pewnie. Zawsze to jakaś rozrywka. - zaśmiali się z mamą. Cody znowu dostał ode mnie z pięści.
- Proszę pani, ona się nade mną wyżywa! - krzyknął nagle Cody, jakbyśmy byli w przedszkolu.
- Roxanne, uspokój się. - zachichotała mama. - A tak w ogóle, mów mi Annie.
- Dobrze, Annie. - zaśmialiśmy się.
Byliśmy w redakcji Teen Vogue'a w 20 minut. Wysiedliśmy z auta mamy i poszliśmy w trójkę do przestronnego hallu.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - spytała miła recepcjonistka.
Mama obmówiła sprawę i po chwili byliśmy już w gabinecie następczyni redaktor naczelnej, Ellizabeth Marrow.
- Witam Annie! Witam Roxanne, moja ty piękności! - wyściskała nas obie. Spojrzała na zagubionego Cody'ego. - A czy to może jest Cody Simpson? Nie pamiętam, byśmy się umawiali.
- Nie, on tylko jako towarzysz. Byliśmy jeszcze u Jaya-Z bo wszyscy mieliśmy do niego sprawę i akurat tak wyszło, że z nami został. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, Ellie?
- Oczywiście, że nie. Chodźcie, zaprowadzę was do Pierre'a. - poszliśmy za nią przez korytarz. Widziałam ciekawskie spojrzenia pracowników. Pewnie sobie pomyśleli, że ja i Cody to para. Zachichotałam w myślach.
Kiedy znaleźliśmy się już w pracowni fotografa Pierre'a, oglądał on coś z jakąś wychudzoną modelką na laptopie.
- Widzisz, kochana, tutaj za mało się uśmiechasz, a za bardzo przejmujesz. Musisz uwierzyć w siebie. - powiedział do niej z wyraźnym francuskim akcentem.
- Uhm. - mruknęła.
Mężczyzna, widząc nas, zaklaskał w dłonie i przepędził modelkę.
- Annie! Moja droga! - uściskał mamę. Cody zaśmiał się cicho z tyłu.
- A kogóż my tu mamy?! Panienko Roxanne, wyrosłaś jak nigdy! I jesteś przepiękna. - oblałam się rumieńcem.
Wszyscy zachichotali.
- Sandra! - nagle u jego boku zjawiła się rudowłosa dziewczyna z centymetrem w dłoni. Spojrzała na mnie i złapała mnie za rękę.
Zauważyłam jeszcze, jak pani Ellizabeth wychodzi, a mama i Cody siadają na małej kanapie przy biurku Pierre'a. Zaś ten zaczął przygotowywać scenerię i rozstawiać sprzęt.
Sandra zaprowadziła mnie do garderoby, gdzie pełno było innych modelek, które się do mnie uśmiechały. Wreszcie usiadłam na obrotowym krześle przed lustrem. Dziewczyna się mi przyjrzała.
- Masz cudne włosy, Roxanne. - uśmiechnęła się i zaczęła coś przy nich majstrować.
- Bardzo dziękuję. - odwzajemniłam uśmiech i wzięłam do ręki jakąś gazetkę, żeby umilić sobie czas.
Po 15 minutach moja fryzura była gotowa. Bardzo mi się podobała! Sandra natapirowała je i i ułożyła w dwa kucyki po bokach. Wyglądało, jakbym miała dwie waty cukrowe, tylko, że w kolorze blond.
- Ale super. - szepnęłam.
- Dzięki. Chodź, wyszperamy coś dla ciebie. - zabrała mnie do mniejszego pomieszczenia, gdzie były tylko ubrania, buty i inne różne dodatki.
Całe te "szperanie" zajęło nam dobre 25 minut. Wreszcie znalazłyśmy coś, co obydwu nam pasowało. (link) Wreszcie wyszłyśmy do Pierre'a i pozostałych. Stanęłam na szarym tle, uśmiechając się delikatnie. Spojrzałam na Cody'ego. Też się uśmiechał i patrzył prosto na mnie. Widocznie mu się podobałam.
- Moja piękna! Jesteś cudna! Zabieramy się do pracy. - zawołał uradowany Pierre i tak oto zaczęła się sesja.
____________________________________________________________________________________
Coś późno napisałam. xd Ale szczerze mi się nie chciało. ;/ No cóż, czasem tak bywa. Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Buźka. ;*

sobota, 21 sierpnia 2010

Piąty : "Przemiana".

Wczoraj poszłam spać około godz. 23, bo nie mogłam przestać bawić się z Aprillisem. Więc niezmiernie się ucieszyłam, że nie muszę dzisiaj iść do szkoły, bo miałam spotkanie z Jayem-Z i sesję do Teen Vogue. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy zdałam sobie z tego sprawę. Odetchnęłam głęboko i zerknęłam na budzik. Była 9.00. O tej porze powinna zaczynać się szkoła!
- Córciu, wstałaś? - spytała cicho mama, wchodząc przez uchylone drzwi.
Mruknęłam coś i usiadłam na łóżku.
- Tak. - uśmiechnęłam się. - Zaraz się odświeżę i możemy jechać do Jaya-Z.
Mama pokiwała głową.
- Nie będziesz mi mieć za złe, że ktoś z nami jeszcze pojedzie? - powiedziała mama, wyraźnie zdenerwowana.
- Mama! Co się stało? - serce podskoczyło mi do gardła.
Mama chrząknęła.
- Widzisz, pewien chłopiec też z nami pojedzie. Jego mama mnie o to prosiła, bo on też jest umówiony z Jayem. A akurat nie ma kto go zawieźć...
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Nie ma sprawy, przecież wiesz, że lubię poznawać nowe osoby. - wzruszyłam ramionami, szczerze zaciekawiona, kto to może być.
Mama odetchnęła z ulgą i się uśmiechnęła.
- Ubieraj się, a na dole czeka śniadanie. - pogłaskała śpiącego w moich nogach Aprillisa i wyszła z pokoju.
Zaczęłam nucić sobie jakąś melodię, wchodząc do łazienki. Umyłam się, założyłam TO , uczesałam włosy w niechlujny kok i wyszłam z łazienki. Mama czekała na dole ze śniadaniem.
- Mmm, omlety. - uśmiechnęłam się szeroko i zabrałam do jedzenia.
Nagle ktoś zatrąbił. Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na mamę.
- O, przyjechał twój nowy kolega. - mama uśmiechnęła się szeroko i podbiegła do drzwi. Słyszałam na zewnątrz, jak kogoś wita, śmieje się, a później ktoś wyjeżdża samochodem.
Właśnie jadłam kolejny kęs omleta, kiedy weszła mama z...
- Roxie, o to Cody. Cody, to Roxie. - mama patrzyła to na mnie, to na blondyna.
Przełknęłam z trudem omlet, po czym popatrzyłam na Cody'ego groźnie.
- My to już się znamy, prawda, panie Simpson? - uśmiechnęłam się pogardliwie, biorąc do ręki pusty talerz. Włożyłam go do zlewu.
Cody na początku był zaskoczony, później jednak nie okazywał żadnych emocji.
- No tak, pewnie chodzicie razem do szkoły! - mama się zaśmiała.- Chodźcie już, chodźcie.
Wzięłam z lodówki puszkę coca-coli i mijając Cody'ego, wyszłam na dwór. Wsiadłam do samochodu, na miejsce pasażera, z przodu.
Mama podeszła z blondynkiem trochę później i spojrzała na mnie wilkiem.
- Roxie, nie dotrzymasz towarzystwa Cody'iemu z tyłu? - spojrzała na mnie tym wzrokiem i wiedziałam, że nie mam wyboru.
- Już, jasne. - mruknęłam i usiadłam z tyłu, obok patrzącego się na mnie chłopaka.
Mama ruszyła, włączyła radio i nie zadawała już pytań.
Czułam się skrępowana, gdy on mnie tak oglądał. Spojrzałam za okno.
Kącikiem oka widziałam, jak wyciąga swój telefon (link ). Szczerze byłam ciekawa, czy po to, aby napisać do Stephanie i jej świty, że musi ze mną spędzić czas. A może miał dziewczynę?
Zastanawiając się tak, włączyłam IPoda i wsłuchałam się w TO . Potem wyjęłam telefon i zaczęłam serfować po Twitterze. Zorientowałam się po kilku sekundach, że mam wiadomość. Byłam szczerze zdziwiona, kto do mnie pisze. Może Andy? Może John? Miałam ochotę im się wyżalić.
Jednak zobaczyłam, że napisał nieznany numer. Otworzyłam wiadomość.
"Cześć...Wiem, że to głupie, bo siedzę koło ciebie. Ale twoja mama mogłaby nas podsłuchać. Słuchaj, ja nie wiedziałem, że Annie to twoja mama. Moja matka tylko mi powiedziała, że nie ma czasu i zawiezie mnie właśnie pani Annie. Nie miałem pojęcia, że to twoja mama, jasne? A po za tym, sorry... Za to, że nazwałem cię Najmądrzejszą. Tak w ogóle, to odeszłem od Steph. Wkurzyła mnie, bo powiedziała, że mam brać dragi. Miałem jej już szczerze dość, bo wyraźnie ze mną flirtowała. Roxx, przepraszam...Nie gniewaj się.
Cody"
Zamurowało mnie, ale nie dałam tego po sobie poznać. Nawet nie zerknęłam w bok na Cody'iego. Zabrałam się za odpisywanie.
"Hej. Nie, nie głupie. Hm..Nowoczesne. ;) Wiem, mama jest zdolna do wszystkiego. Dobra, nie tłumacz się, rozumiem. Przeprosiny przyjęte. Odszedłeś? Wow... Ale cieszę się, że nareszcie zrozumiałeś. Wiesz... nie musisz czuć się odrzucony. My cię z chęcią przyjmiemy. Skoro nie jesteś taki, jak Stephanie i inne bachory. :D "
Nacisnęłam wyślij. Później było coraz fajniej. Pisaliśmy sobie z Codym głupie określenia świty Steph. Wiele razy chciało mi się śmiać, ale powstrzymywałam się przy mamie. Cody to widział i też chciało mu się śmiać. Mimo różnicy wieku, nagle dogadywaliśmy się świetnie. Bardzo miło mi się z nim pisało. Nawet nie zorientowałam się, że już dojechaliśmy do domu Jaya-Z. W końcu jechaliśmy ponad godzinę. Westchnęłam cicho, chowając IPoda i telefon do torby.
- Wychodzimy, dzieciaki. - poinformowała nas mama, kiedy samochód się zatrzymał. Wysiedliśmy i aż mnie zamurowało.
Przed nami stała wielka, luksusowa willa, z basenem z tyłu,wielkim ogrodem, garażem...po prostu luksus! Widziałam też, że Cody jest równie zaintrygowany, co ja.
- Hey! - powitał nas Jay-Z.
- Cześć Jay. Dawno się nie widzieliśmy. - dziwnie mi było patrzeć, jak mama przytula się do Jaya-Z. Cody zachichotaŁ. Dałam mu sójkę w bok.
- To jest moja córka Roxanne, a to jej kolega, Cody. Obydwoje chcą zostać piosenkarzami. To znaczy, Cody już ma własny singiel i jest znany, a chcemy sprawić, żeby Roxx...
- Osiągnęła to samo. - dokończył Jay-Z. - Chodźcie do mojego gabinetu. - zaprowadził nas przez willę do swojego gabinetu. W tym czasie, gdy Jay i mama szli na przodzie, my z Codym uśmiechaliśmy się do siebie i robiliśmy głupie miny. Na prawdę, coraz bardziej go lubiłam i coraz bardziej go poznawałam.
Gabinet wyglądał tak ( link ) .
- Dzieciaki siadajcie na kanapę, a Annie zapraszam tutaj. - wskazał mamie fotel naprzeciwko biurka. Usiedli i zaczęli omawiać moją karierę.
My z Codym, nareszcie mogliśmy poogadać.
- Chodź na spacer. - zaproponował z łobuzerskim uśmiechem. Potaknęłam głową.
- Mamo, możemy iść do ogrodu? - mama się zgodziła z uśmiechem. Poszliśmy i bez trudu trafiliśmy do pełnego zieleni ogrodu.
Przygryzałam wargę, przechadzając się z blondynem po kamiennych ścieżkach.
- Wiesz, super mi się z tobą gada. Lepiej niż z tymi nadzianymi dzieciakami. - zaśmialiśmy się.
- No wiesz, skoro poznałam, jaki jesteś naprawdę, to może powiesz mi, co cię skłoniło do tego, żeby do Stephanie dołączyć? - szepnęłam.
Westchnął cicho.
- Po prostu... myślałem, że dzięki niej każdy będzie mnie w szkole lubił. - wzruszył ramionami.
- No tak... też tak myślałam. - uśmiechnęłam się pocieszająco. - Ale było,minęło... - nagle zauważyłam, że Cody został gdzieś z tyłu. Zmarszczyłam czoło i odwróciłam się na pięcie. Dostałam czymś mokrym. Zadrżałam.
- Mam cię! Nie dogonisz mnie! - zaśmiał się Cody, uciekając.
Okazało się, że znaleźliśmy się obok wielkiego basenu i dostałam wodą!
- Osz ty! - zachichotałam i namoczyłam palce w wodzie. Podbiegłam do Cody'iego i rozpryskałam mu krople na twarz.
- O nie! - zaśmialiśmy się, po czym Cody złapał mnie i wylądowaliśmy oboje na zielonej trawie, obok siebie. Wpatrywaliśmy się w siebie przez chwilę.
- Fajne masz oczy. - wyszeptał, a mi zrobiło się dziwnie w brzuchu.
- Dzięki. - wykrztusiłam, cała czerwona.
Nagle Cody nachylił się nade mną....
____________________________________________________________________________________
Ten rozdział jest zakończony taką tajemnicą. :D Czy Roxie da się namówić Cody'iemu na pocałunek? Czy będą ze sobą szczęśliwi? Czy Stephanie będzie chciała odzyskać Cody'iego dla siebie?
Dowiecie się wkrótce. xD :D
Pozdroo dla obserwatorów i tych, którzy komentują. ;*