Obudził mnie nieznośny budzik, który najchętniej zakopałabym 500 metrów pod ziemią. Mruknęłam coś pod nosem i zaczęłam macać dłonią szafkę nocną, aż natknęłam się na zegarek. Walnęłam mocno w mały guziczek na górze i mój "alarmowy kolega" wreszcie się zamknął. Ziewnęłam potężnie.
Nagle coś mnie liznęło po twarzy.
- Aprillis? - mruknęłam niezrozumiale, łapiąc kociaka w dwie dłonie. Zrzuciłam go dość brutalnie na podłogę.
Miauknął i powędrował do swojego kącika, gdzie miał przytulny kocyk.
Byłam niewyspana. Wstałam do pozycji siedzącej i zerknęłam na poduchę. No, nie dziwne, że źle spałam, skoro pod poduszką miałam kilka większych paczuszek. Zastanawiało mnie tylko jedno.
Kurde, skąd one się wzięły pod moją poduszką?!
- Mamooooo! - krzyknęłam przeciągle, wstając z łóżka. Nawet kapci nie włożyłam. I nie ciekawiło mnie zbytnio, co się w owych paczuszkach znajduje.
Znalazłam mamę na kanapie, jedzącą drożdżówkę z jabłkiem i popijając herbatą w jej ulubiony kubek - dostała go ode mnie na 35 urodziny.
- Cześć, Skarbku. - mama się do mnie promiennie uśmiechnęła, wracając do oglądania E!
- Mamo, mam pytanie. - siadłam na skraju fotela.
Nieco zmarszczyła brwi.
- Co się stało? - spytała, mając się na baczności.
- No wiesz...skąd te paczuszki pod moja poduszką? Po pierwsze : wieczorem ich nie było. Po drugie : strasznie mnie teraz kark boli.
Mama od razu się odprężyła i zaśmiała w głos.
- Ach, przykro mi, Kochanie. Zastałam je dziś rano pod drzwiami. Wszystkie były dla ciebie. - uśmiechnęła się tajemniczo, jakby była w całą tą intrygę wplątana.
Machnęłam ręką i poszłam na górę.
- Co zjesz?
- Omlet i herbata. - rzuciłam.
Kiedy wbiegłam do pokoju, była już 7:40. Nie zajrzałam do pakunków, ale miałam pojęcie, kto je mi przysłał.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
Cody.
Nie miałam czasu, aby je wszystkie rozpakować. Zaraz...Sześć paczek? Siedem!? To była już przesada.
Westchnęłam radośnie, kierując się do łazienki. Umyłam włosy, wysuszyłam je, uczesałam, związałam w niedbały kok spięty brązową spinką i ubrałam się w TO . Zbiegłam po schodach na dół, czując piękny zapach omleta. Usiadłam przy stole.
- Proszę, Skarbie. - mama się uśmiechnęła i dała mi talerz.
- Dzięks. - zabrałam się do jedzenia. Mam w tym czasie poszła na górę.
Zdziwiłam się.
- Idziesz gdzieś? - krzyknęłam w stronę schodów.
- Odwiozę cię do szkoły i muszę jechać do taty, zapomniał jakichś papierów, które są podobno BARDZO ważne. - zachichotała, schodząc po schodach. Wybałuszyłam oczy. Nie no, mama nigdy tak się nie ubierała! ( link ) .
- I co, ładnie mi? - chichocząc, obróciła się wokół własnej osi.
Przetarłam oczy i udałam zachwyt.
- Ślicznie. - mruknęłam ze sztucznym uśmiechem. Wszystko musiałam sobie poukładać. Odłożyłam talerz i do
połowy wypitą herbatę na bok i podeszłam pod drzwi.
- Idziemy? - mama wyłączyła telewizor i wyszłyśmy na dwór. Spojrzałam na nią kątem oka. Nie poznawałam jej. Promieniała od wewnątrz. Czyżby coś się stało? Nie miałam pojęcia, czemu mama się tak wyzywająco ubiera, przecież miała jechać tylko do taty...Weszłam na przednie siedzenie, a mama obok mnie. Odpaliła samochód. Wyjechałyśmy na ulicę.
- Córciu, mogłabyś dzisiaj od razu po lekcjach przyjść do domu? - spytała nagle mama, przerywając śpiew wraz z jakimś wokalistą, który śpiewał w radio.
Przerwałam swoje rozmyślania i spojrzałam na nią.
- A mogę wiedzieć czemu? - nie chciałam, żeby to zabrzmiało odpychająco, ale chyba za mało się postarałam, bo mama zmarszczyła brwi.
- Po prostu. Chcemy dzisiaj już pojechać do Chelsea. - powiedziała mama, niby swobodnie, ale w kącikach jej ust czaił się ekscytujący uśmieszek.
Uśmiechnęłam się szeroko i od razu zmienił mi się humor.
- Na prawdę?! Zgodziliście się?! Ale fajnie! Oczywiście, że przyjdę! - zaczęłam krzyczeć.
Mama zajechała pod szkołę. Zachichotała.
- Tylko żebyś przez tą informację nie olewała lekcji. - poczyła mnie mama.
Pokiwałam głową i dałam jej buziaka w policzek. Wysiadłam z auta i pomachałam jej.
- Kocham cię! - krzyknęłam za nią, ale chyba mnie nie usłyszała. Odwróciłam się na pięcie i poczęłam szukać wzrokiem Andy, Johna i Jego. Cody. Musiałam jemu to wszystko powiedzieć! Od samego początku. Podbiegłam do Andy i Johna, siedzących w tym samym miejscu, co zawsze. Zdawałam sobie sprawę, że moje usta wykrzywia mega olbrzymi uśmiech szczęścia, ale oni przy moim szczęściu wyglądali, jakby chcieli je zaraz zniszczyć. Spochmurniałam.
- No, co jest? - podparłam się pod boki, patrząc na nich z ukosa.
Andy przygryzła wargę, Johnny westchnął.
- Lepiej, żebyś nie wiedziała. - mruknął John, odwracając wzrok.
Powoli mnie wkurzali.
- No gadać! - tupnęłam nogą.
Andy się wzdrygnęła.
- Sama to zobacz. - wstała, złapała mnie za ramiona i odwróciła w stronę większej grupki. Oczywiście, była tam Steph, Gary, Baby, Jason...ogółem, grupa Bachorów. No i trzy "mistrzynie makijażu", nasze kochane, głupiutkie siostrzyczki, Hannah, Lilly i Maggie. A pośrodku...Cody. W jego oczach zauważyłam smutek i lęk. Warknęłam cicho. No nie, ta debilka Stephanie nie zrozumiała, czy co?
- Trzymajcie. - rzuciłam przyjaciołom torbę i zaciskając dłonie w pięści wtargnęłam w środek koła. Wszyscy spojrzeli na mnie, jakbym tu nie pasowała. Tylko na ustach Steph pozostał wulgarny uśmieszek.
- Cho, cho, cho! Kogóż my tu mamy? Naszą ukochaną Roxanne! - wszyscy parsknęli ironicznym śmiechem.
Warknęłam głośniej.
- Czego ty znowu chcesz? - spojrzałam na Stephanie ze złością.
Wzruszyła ramionkami.
- No wiesz... Odebrałaś nam Cody'ego. Ale my tak łatwo się nie poddamy. - zerknęła nagle z miłością na blondyna, który trzymał mnie za rękę. Jego twarz zmieniła się na hardą. - Cody, nie wierz jej. Po prostu chce cię zgarnąć dla siebie. My jesteśmy twoimi przyjaciółmi... - zaczęła nawijać.
- Skończ. - rozkazał Cody. Wszyscy znieruchomieli.
Przygryzł wargę.
- Jak możesz robić coś takiego z ludźmi? Wiesz co? Nie masz własnego życia. Nie masz po prostu w sobie ani milimetra ciepła. Jesteś taką bezużyteczną skałą. A to, że masz masę forsy i ustawioną przyszłość, nie znaczy, że możesz innym dyktować warunki. - oznajmił spokojnie, ale stanowczo.
Popatrzył na mnie z uśmiechem. Objął mnie jednym ramieniem.
- Chodźmy. - szepnął mi do ucha, zostawiając zdezorietnowaną grupę.
Rozejrzałam się. Okazało się, że nie tylko my słuchaliśmy wywodu Cody'ego. Zgromadziła się cała szkoła. Zignorowaliśmy ich i podeszliśmy do Andy i Johna, którzy uśmiechali się triumfalnie.
- O to Cody. Ale chyba nie muszę wam go przedstawiać. - uśmiechnęłam się ciepło do przyjaciół, którzy zachichotali.
- No, czyli nasza dzielna Roxie uratowała biednego chłopaka od wpływu Steph. - zaklaskała Dee.
- Brawo, Cody. Tak trzymaj. - przybili sobie piątkę jak dobrzy kumple.
- Dzięki. Ale Andy ma rację. To przez Roxanne. - spojrzał na mnie z taką czułością, że zapomniałam, jak się nazywam. Odgarnął moje niesforne włosy z twarzy i delikatnie mnie pocałował.
Dźwięk dzwonka przypominał mi cichy trzepot motylich skrzydełek.
___________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że jest okej. ;p Trochę tak się pokomplikowało, nie chcę po prostu, żeby było nudno. ;pp Rozdział może i krótki, ale po prostu jestem wykończona (zakwasy po wfie. ;/ ) i boję się poniedziałku ( kartkówka z matmy ) . Ale leję na to. JEST WEEKEND! :D;D
pzdr. ;*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz