Hey! Po pierwsze, to wielkie I'M SORRY dla wszystkich tych, którzy czekali na nowy rozdział, a tu d*pa. xD Po prostu zaczęła się szkoła, niestety. -.- a ja do pierwszej gim. poszłam. No i wyszło tak, że matma mnie przeraża, po wfie mam zakwasy jak cholera, a reszta to masakra. Ale spoko jest.
No więc, nie miałam absolutnie czasu. Ale postaram się napisać nową notkę już niedługo. Mam już nawet zestaw na polyvore, więc nie zajmie mi to dużo czasu. ;p
A tak wgl : wielkie DZIĘX dla tych, co się dodali do obs., a kilka tych osób jest. ;p widzę, że się rozkręca. ;]
wpadnijcie na drugiego BLOGA :D
pzdr. ;** :D
piątek, 10 września 2010
sobota, 28 sierpnia 2010
Ósmy : "Jesteś tylko zwykłą skałą"
Obudził mnie nieznośny budzik, który najchętniej zakopałabym 500 metrów pod ziemią. Mruknęłam coś pod nosem i zaczęłam macać dłonią szafkę nocną, aż natknęłam się na zegarek. Walnęłam mocno w mały guziczek na górze i mój "alarmowy kolega" wreszcie się zamknął. Ziewnęłam potężnie.
Nagle coś mnie liznęło po twarzy.
- Aprillis? - mruknęłam niezrozumiale, łapiąc kociaka w dwie dłonie. Zrzuciłam go dość brutalnie na podłogę.
Miauknął i powędrował do swojego kącika, gdzie miał przytulny kocyk.
Byłam niewyspana. Wstałam do pozycji siedzącej i zerknęłam na poduchę. No, nie dziwne, że źle spałam, skoro pod poduszką miałam kilka większych paczuszek. Zastanawiało mnie tylko jedno.
Kurde, skąd one się wzięły pod moją poduszką?!
- Mamooooo! - krzyknęłam przeciągle, wstając z łóżka. Nawet kapci nie włożyłam. I nie ciekawiło mnie zbytnio, co się w owych paczuszkach znajduje.
Znalazłam mamę na kanapie, jedzącą drożdżówkę z jabłkiem i popijając herbatą w jej ulubiony kubek - dostała go ode mnie na 35 urodziny.
- Cześć, Skarbku. - mama się do mnie promiennie uśmiechnęła, wracając do oglądania E!
- Mamo, mam pytanie. - siadłam na skraju fotela.
Nieco zmarszczyła brwi.
- Co się stało? - spytała, mając się na baczności.
- No wiesz...skąd te paczuszki pod moja poduszką? Po pierwsze : wieczorem ich nie było. Po drugie : strasznie mnie teraz kark boli.
Mama od razu się odprężyła i zaśmiała w głos.
- Ach, przykro mi, Kochanie. Zastałam je dziś rano pod drzwiami. Wszystkie były dla ciebie. - uśmiechnęła się tajemniczo, jakby była w całą tą intrygę wplątana.
Machnęłam ręką i poszłam na górę.
- Co zjesz?
- Omlet i herbata. - rzuciłam.
Kiedy wbiegłam do pokoju, była już 7:40. Nie zajrzałam do pakunków, ale miałam pojęcie, kto je mi przysłał.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
Cody.
Nie miałam czasu, aby je wszystkie rozpakować. Zaraz...Sześć paczek? Siedem!? To była już przesada.
Westchnęłam radośnie, kierując się do łazienki. Umyłam włosy, wysuszyłam je, uczesałam, związałam w niedbały kok spięty brązową spinką i ubrałam się w TO . Zbiegłam po schodach na dół, czując piękny zapach omleta. Usiadłam przy stole.
- Proszę, Skarbie. - mama się uśmiechnęła i dała mi talerz.
- Dzięks. - zabrałam się do jedzenia. Mam w tym czasie poszła na górę.
Zdziwiłam się.
- Idziesz gdzieś? - krzyknęłam w stronę schodów.
- Odwiozę cię do szkoły i muszę jechać do taty, zapomniał jakichś papierów, które są podobno BARDZO ważne. - zachichotała, schodząc po schodach. Wybałuszyłam oczy. Nie no, mama nigdy tak się nie ubierała! ( link ) .
- I co, ładnie mi? - chichocząc, obróciła się wokół własnej osi.
Przetarłam oczy i udałam zachwyt.
- Ślicznie. - mruknęłam ze sztucznym uśmiechem. Wszystko musiałam sobie poukładać. Odłożyłam talerz i do
połowy wypitą herbatę na bok i podeszłam pod drzwi.
- Idziemy? - mama wyłączyła telewizor i wyszłyśmy na dwór. Spojrzałam na nią kątem oka. Nie poznawałam jej. Promieniała od wewnątrz. Czyżby coś się stało? Nie miałam pojęcia, czemu mama się tak wyzywająco ubiera, przecież miała jechać tylko do taty...Weszłam na przednie siedzenie, a mama obok mnie. Odpaliła samochód. Wyjechałyśmy na ulicę.
- Córciu, mogłabyś dzisiaj od razu po lekcjach przyjść do domu? - spytała nagle mama, przerywając śpiew wraz z jakimś wokalistą, który śpiewał w radio.
Przerwałam swoje rozmyślania i spojrzałam na nią.
- A mogę wiedzieć czemu? - nie chciałam, żeby to zabrzmiało odpychająco, ale chyba za mało się postarałam, bo mama zmarszczyła brwi.
- Po prostu. Chcemy dzisiaj już pojechać do Chelsea. - powiedziała mama, niby swobodnie, ale w kącikach jej ust czaił się ekscytujący uśmieszek.
Uśmiechnęłam się szeroko i od razu zmienił mi się humor.
- Na prawdę?! Zgodziliście się?! Ale fajnie! Oczywiście, że przyjdę! - zaczęłam krzyczeć.
Mama zajechała pod szkołę. Zachichotała.
- Tylko żebyś przez tą informację nie olewała lekcji. - poczyła mnie mama.
Pokiwałam głową i dałam jej buziaka w policzek. Wysiadłam z auta i pomachałam jej.
- Kocham cię! - krzyknęłam za nią, ale chyba mnie nie usłyszała. Odwróciłam się na pięcie i poczęłam szukać wzrokiem Andy, Johna i Jego. Cody. Musiałam jemu to wszystko powiedzieć! Od samego początku. Podbiegłam do Andy i Johna, siedzących w tym samym miejscu, co zawsze. Zdawałam sobie sprawę, że moje usta wykrzywia mega olbrzymi uśmiech szczęścia, ale oni przy moim szczęściu wyglądali, jakby chcieli je zaraz zniszczyć. Spochmurniałam.
- No, co jest? - podparłam się pod boki, patrząc na nich z ukosa.
Andy przygryzła wargę, Johnny westchnął.
- Lepiej, żebyś nie wiedziała. - mruknął John, odwracając wzrok.
Powoli mnie wkurzali.
- No gadać! - tupnęłam nogą.
Andy się wzdrygnęła.
- Sama to zobacz. - wstała, złapała mnie za ramiona i odwróciła w stronę większej grupki. Oczywiście, była tam Steph, Gary, Baby, Jason...ogółem, grupa Bachorów. No i trzy "mistrzynie makijażu", nasze kochane, głupiutkie siostrzyczki, Hannah, Lilly i Maggie. A pośrodku...Cody. W jego oczach zauważyłam smutek i lęk. Warknęłam cicho. No nie, ta debilka Stephanie nie zrozumiała, czy co?
- Trzymajcie. - rzuciłam przyjaciołom torbę i zaciskając dłonie w pięści wtargnęłam w środek koła. Wszyscy spojrzeli na mnie, jakbym tu nie pasowała. Tylko na ustach Steph pozostał wulgarny uśmieszek.
- Cho, cho, cho! Kogóż my tu mamy? Naszą ukochaną Roxanne! - wszyscy parsknęli ironicznym śmiechem.
Warknęłam głośniej.
- Czego ty znowu chcesz? - spojrzałam na Stephanie ze złością.
Wzruszyła ramionkami.
- No wiesz... Odebrałaś nam Cody'ego. Ale my tak łatwo się nie poddamy. - zerknęła nagle z miłością na blondyna, który trzymał mnie za rękę. Jego twarz zmieniła się na hardą. - Cody, nie wierz jej. Po prostu chce cię zgarnąć dla siebie. My jesteśmy twoimi przyjaciółmi... - zaczęła nawijać.
- Skończ. - rozkazał Cody. Wszyscy znieruchomieli.
Przygryzł wargę.
- Jak możesz robić coś takiego z ludźmi? Wiesz co? Nie masz własnego życia. Nie masz po prostu w sobie ani milimetra ciepła. Jesteś taką bezużyteczną skałą. A to, że masz masę forsy i ustawioną przyszłość, nie znaczy, że możesz innym dyktować warunki. - oznajmił spokojnie, ale stanowczo.
Popatrzył na mnie z uśmiechem. Objął mnie jednym ramieniem.
- Chodźmy. - szepnął mi do ucha, zostawiając zdezorietnowaną grupę.
Rozejrzałam się. Okazało się, że nie tylko my słuchaliśmy wywodu Cody'ego. Zgromadziła się cała szkoła. Zignorowaliśmy ich i podeszliśmy do Andy i Johna, którzy uśmiechali się triumfalnie.
- O to Cody. Ale chyba nie muszę wam go przedstawiać. - uśmiechnęłam się ciepło do przyjaciół, którzy zachichotali.
- No, czyli nasza dzielna Roxie uratowała biednego chłopaka od wpływu Steph. - zaklaskała Dee.
- Brawo, Cody. Tak trzymaj. - przybili sobie piątkę jak dobrzy kumple.
- Dzięki. Ale Andy ma rację. To przez Roxanne. - spojrzał na mnie z taką czułością, że zapomniałam, jak się nazywam. Odgarnął moje niesforne włosy z twarzy i delikatnie mnie pocałował.
Dźwięk dzwonka przypominał mi cichy trzepot motylich skrzydełek.
___________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że jest okej. ;p Trochę tak się pokomplikowało, nie chcę po prostu, żeby było nudno. ;pp Rozdział może i krótki, ale po prostu jestem wykończona (zakwasy po wfie. ;/ ) i boję się poniedziałku ( kartkówka z matmy ) . Ale leję na to. JEST WEEKEND! :D;D
pzdr. ;*
Nagle coś mnie liznęło po twarzy.
- Aprillis? - mruknęłam niezrozumiale, łapiąc kociaka w dwie dłonie. Zrzuciłam go dość brutalnie na podłogę.
Miauknął i powędrował do swojego kącika, gdzie miał przytulny kocyk.
Byłam niewyspana. Wstałam do pozycji siedzącej i zerknęłam na poduchę. No, nie dziwne, że źle spałam, skoro pod poduszką miałam kilka większych paczuszek. Zastanawiało mnie tylko jedno.
Kurde, skąd one się wzięły pod moją poduszką?!
- Mamooooo! - krzyknęłam przeciągle, wstając z łóżka. Nawet kapci nie włożyłam. I nie ciekawiło mnie zbytnio, co się w owych paczuszkach znajduje.
Znalazłam mamę na kanapie, jedzącą drożdżówkę z jabłkiem i popijając herbatą w jej ulubiony kubek - dostała go ode mnie na 35 urodziny.
- Cześć, Skarbku. - mama się do mnie promiennie uśmiechnęła, wracając do oglądania E!
- Mamo, mam pytanie. - siadłam na skraju fotela.
Nieco zmarszczyła brwi.
- Co się stało? - spytała, mając się na baczności.
- No wiesz...skąd te paczuszki pod moja poduszką? Po pierwsze : wieczorem ich nie było. Po drugie : strasznie mnie teraz kark boli.
Mama od razu się odprężyła i zaśmiała w głos.
- Ach, przykro mi, Kochanie. Zastałam je dziś rano pod drzwiami. Wszystkie były dla ciebie. - uśmiechnęła się tajemniczo, jakby była w całą tą intrygę wplątana.
Machnęłam ręką i poszłam na górę.
- Co zjesz?
- Omlet i herbata. - rzuciłam.
Kiedy wbiegłam do pokoju, była już 7:40. Nie zajrzałam do pakunków, ale miałam pojęcie, kto je mi przysłał.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
Cody.
Nie miałam czasu, aby je wszystkie rozpakować. Zaraz...Sześć paczek? Siedem!? To była już przesada.
Westchnęłam radośnie, kierując się do łazienki. Umyłam włosy, wysuszyłam je, uczesałam, związałam w niedbały kok spięty brązową spinką i ubrałam się w TO . Zbiegłam po schodach na dół, czując piękny zapach omleta. Usiadłam przy stole.
- Proszę, Skarbie. - mama się uśmiechnęła i dała mi talerz.
- Dzięks. - zabrałam się do jedzenia. Mam w tym czasie poszła na górę.
Zdziwiłam się.
- Idziesz gdzieś? - krzyknęłam w stronę schodów.
- Odwiozę cię do szkoły i muszę jechać do taty, zapomniał jakichś papierów, które są podobno BARDZO ważne. - zachichotała, schodząc po schodach. Wybałuszyłam oczy. Nie no, mama nigdy tak się nie ubierała! ( link ) .
- I co, ładnie mi? - chichocząc, obróciła się wokół własnej osi.
Przetarłam oczy i udałam zachwyt.
- Ślicznie. - mruknęłam ze sztucznym uśmiechem. Wszystko musiałam sobie poukładać. Odłożyłam talerz i do
połowy wypitą herbatę na bok i podeszłam pod drzwi.
- Idziemy? - mama wyłączyła telewizor i wyszłyśmy na dwór. Spojrzałam na nią kątem oka. Nie poznawałam jej. Promieniała od wewnątrz. Czyżby coś się stało? Nie miałam pojęcia, czemu mama się tak wyzywająco ubiera, przecież miała jechać tylko do taty...Weszłam na przednie siedzenie, a mama obok mnie. Odpaliła samochód. Wyjechałyśmy na ulicę.
- Córciu, mogłabyś dzisiaj od razu po lekcjach przyjść do domu? - spytała nagle mama, przerywając śpiew wraz z jakimś wokalistą, który śpiewał w radio.
Przerwałam swoje rozmyślania i spojrzałam na nią.
- A mogę wiedzieć czemu? - nie chciałam, żeby to zabrzmiało odpychająco, ale chyba za mało się postarałam, bo mama zmarszczyła brwi.
- Po prostu. Chcemy dzisiaj już pojechać do Chelsea. - powiedziała mama, niby swobodnie, ale w kącikach jej ust czaił się ekscytujący uśmieszek.
Uśmiechnęłam się szeroko i od razu zmienił mi się humor.
- Na prawdę?! Zgodziliście się?! Ale fajnie! Oczywiście, że przyjdę! - zaczęłam krzyczeć.
Mama zajechała pod szkołę. Zachichotała.
- Tylko żebyś przez tą informację nie olewała lekcji. - poczyła mnie mama.
Pokiwałam głową i dałam jej buziaka w policzek. Wysiadłam z auta i pomachałam jej.
- Kocham cię! - krzyknęłam za nią, ale chyba mnie nie usłyszała. Odwróciłam się na pięcie i poczęłam szukać wzrokiem Andy, Johna i Jego. Cody. Musiałam jemu to wszystko powiedzieć! Od samego początku. Podbiegłam do Andy i Johna, siedzących w tym samym miejscu, co zawsze. Zdawałam sobie sprawę, że moje usta wykrzywia mega olbrzymi uśmiech szczęścia, ale oni przy moim szczęściu wyglądali, jakby chcieli je zaraz zniszczyć. Spochmurniałam.
- No, co jest? - podparłam się pod boki, patrząc na nich z ukosa.
Andy przygryzła wargę, Johnny westchnął.
- Lepiej, żebyś nie wiedziała. - mruknął John, odwracając wzrok.
Powoli mnie wkurzali.
- No gadać! - tupnęłam nogą.
Andy się wzdrygnęła.
- Sama to zobacz. - wstała, złapała mnie za ramiona i odwróciła w stronę większej grupki. Oczywiście, była tam Steph, Gary, Baby, Jason...ogółem, grupa Bachorów. No i trzy "mistrzynie makijażu", nasze kochane, głupiutkie siostrzyczki, Hannah, Lilly i Maggie. A pośrodku...Cody. W jego oczach zauważyłam smutek i lęk. Warknęłam cicho. No nie, ta debilka Stephanie nie zrozumiała, czy co?
- Trzymajcie. - rzuciłam przyjaciołom torbę i zaciskając dłonie w pięści wtargnęłam w środek koła. Wszyscy spojrzeli na mnie, jakbym tu nie pasowała. Tylko na ustach Steph pozostał wulgarny uśmieszek.
- Cho, cho, cho! Kogóż my tu mamy? Naszą ukochaną Roxanne! - wszyscy parsknęli ironicznym śmiechem.
Warknęłam głośniej.
- Czego ty znowu chcesz? - spojrzałam na Stephanie ze złością.
Wzruszyła ramionkami.
- No wiesz... Odebrałaś nam Cody'ego. Ale my tak łatwo się nie poddamy. - zerknęła nagle z miłością na blondyna, który trzymał mnie za rękę. Jego twarz zmieniła się na hardą. - Cody, nie wierz jej. Po prostu chce cię zgarnąć dla siebie. My jesteśmy twoimi przyjaciółmi... - zaczęła nawijać.
- Skończ. - rozkazał Cody. Wszyscy znieruchomieli.
Przygryzł wargę.
- Jak możesz robić coś takiego z ludźmi? Wiesz co? Nie masz własnego życia. Nie masz po prostu w sobie ani milimetra ciepła. Jesteś taką bezużyteczną skałą. A to, że masz masę forsy i ustawioną przyszłość, nie znaczy, że możesz innym dyktować warunki. - oznajmił spokojnie, ale stanowczo.
Popatrzył na mnie z uśmiechem. Objął mnie jednym ramieniem.
- Chodźmy. - szepnął mi do ucha, zostawiając zdezorietnowaną grupę.
Rozejrzałam się. Okazało się, że nie tylko my słuchaliśmy wywodu Cody'ego. Zgromadziła się cała szkoła. Zignorowaliśmy ich i podeszliśmy do Andy i Johna, którzy uśmiechali się triumfalnie.
- O to Cody. Ale chyba nie muszę wam go przedstawiać. - uśmiechnęłam się ciepło do przyjaciół, którzy zachichotali.
- No, czyli nasza dzielna Roxie uratowała biednego chłopaka od wpływu Steph. - zaklaskała Dee.
- Brawo, Cody. Tak trzymaj. - przybili sobie piątkę jak dobrzy kumple.
- Dzięki. Ale Andy ma rację. To przez Roxanne. - spojrzał na mnie z taką czułością, że zapomniałam, jak się nazywam. Odgarnął moje niesforne włosy z twarzy i delikatnie mnie pocałował.
Dźwięk dzwonka przypominał mi cichy trzepot motylich skrzydełek.
___________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że jest okej. ;p Trochę tak się pokomplikowało, nie chcę po prostu, żeby było nudno. ;pp Rozdział może i krótki, ale po prostu jestem wykończona (zakwasy po wfie. ;/ ) i boję się poniedziałku ( kartkówka z matmy ) . Ale leję na to. JEST WEEKEND! :D;D
pzdr. ;*
wtorek, 24 sierpnia 2010
Informacja.
Cześć! Chcę wam wszystkim oznajmić, że założyłam drugiego bloga. Coś mnie zawsze ciągnie do wilkołaków. :D oto on . :D Proszę, dodajcie się do obserwatorów i napiszcie komentarz. To dla mnie bardzo ważne. ;p
Pozdro . ;*
Pozdro . ;*
Siódmy: "Spróbujemy?"
Po sesji, z resztą, udanej, przebrałam się spowrotem w swoje ciuchy i pojechaliśmy w trójkę do Mac'a. Zjedliśmy i ruszyliśmy spowrotem do domu.
Kiedy wysiedliśmy, chciałam o coś mamę spytać. I Cody'ego.
- Mamo, Cody mógłby jeszcze chwilę u nas zostać? A ty zaprosisz jego mamę i będzie git. - spojrzałam na chłopaka znacząco. Musiałam odbyć z nim poważną rozmowę.
Mama zmarszczyła czoło, ale pokiwała głową z uśmiechem.
- Oczywiście. Dopiero 17.00 więc jeszcze nie jest tak późno.
- Chodź. - prawie urwałam mu rękę. Weszliśmy do domu, zdjęliśmy buty i szybko poszliśmy do mnie do pokoju.
- Fajnie tu. - skomentował Cody.
- Dzięki. Coś do picia? - podeszłam do małej lodówki.
- Może pepsi. Jak masz.
- Uhm. - wyjęłam dwie puszki pepsi. Usiadłam na skraju swojego łóżka, zaś Cody na obrotowym krzesełku. Podałam mu puszkę.
Otworzył ją i upił łyk.
- Wiem, że bez powodu byś mnie nie zaprosiła. - chciałam coś dodać, ale mnie uciszył. - No więc, pewnie chodzi ci...
- Tak. O to, co stało się w ogrodzie. - wyszeptałam, wystukując paznokciami o puszkę.
- Ach...Nie wiem, co się stało. Tak mi teraz...głupio. Pewnie sobie pomyślałaś, że całuję każdą dziewczynę, jak jej nawet nie znam, co? - westchnął. Spojrzał w bok. - To nieprawda. Po prostu...Super mi się z Tobą gada, Roxie. I bardzo, bardzo miło spędza mi się z Tobą czas. Wiesz... Nie chcę niczego osądzać zbyt wcześnie... Może wtedy po prostu nie pomyślałem. Przepraszam.
Słuchając jego grobowego tonu, serce mi pękało. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Nie przepraszaj. To mi się nawet...podobało. - wykrztusiłam. Taka była prawda. Chciałam go pocałować.
Spojrzał na mnie, zdziwiony.
- Naprawdę? - wyszeptał, siadając koło mnie.
Pokiwałam głową i splotłam palce naszych dłoni.
- Bo wiesz... gdybyśmy jeszcze bardziej się poznali, moglibyśmy ocenić, czy naprawdę do siebie pasujemy...Chcesz spróbować? - spojrzal w moje oczy.
Podniosłam wzrok.
- Tak. Chcę. - szepnęłam.
Nasze twarze zbliżyły się do siebie. Po chwili już czułam miękkie wargi Cody'ego na swoich ustach.
Później siedzieliśmy jeszcze u mnie, bawiliśmy się z Aprillisem, zeszliśmy na dół bo nasze mamy zamówiły pizzę, zjedliśmy ją i w końcu pani Simpson i Cody poszli po godzinie 21.00. Wiedziałam, że jutro muszę rano wstać, więc przebrałam się w TO Usiadłam na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i myślałam. Nie chodziło mi o różnicę wieku. Co to były w końcu dwa małe latka? Ale bałam się, co powie Andy i John. Czy uwierzą Cody'emu tak jak ja? Czy zaufają mu i zaakceptują to, że jesteśmy razem? Upiłam łyk kakao, które miałam naszykowane w kubku z napisem "I love NY" i odstawiłam je spowrotem na szafkę nocną. Bardzo chciałabym móc teraz wszystko opowiedzieć moim przyjaciołom, ale wiedziałam, że pewnie dawno już chrapią. Nagle coś zawibrowało w mojej torbie. Wyjęłam telefon i położyłam się na łóżku.
Cześć! Śpisz? :)
Cody.
Uśmiechnęłam się delikatnie i zabrałam się za odpisywanie.
Nie, nie śpię. A co? :)
Roxie.
Czekałam na odpowiedź dobre parę minut. Wzięłam w ręce Aprillisa, głaszcząc jego śliczne futerko. Zasnął. Po chwili dostałam kolejną wiadomość.
Jutro mam dla ciebie zaplanowany dzień. ;D Więc tak tylko ostrzegam, żebyś nic nie planowała. A teraz idź już spać. Jutro się spotkamy. ;* Kocham Cię.
Cody.
Serce zabiło mi mocniej, kiedy przeczytałam tę wiadomość. Ostatnie dwa słowa wyryły się w mojej głowie, jakby ktoś je tam przyczepił metalowym łańcuchem. Powtarzałam je sobie kilka, kilkanaście razy, zanim odpisałam.
Dobrze, to czekam z niecierpliwością. :D Ty też już zaśnij. ;P Do jutra, Cody. Ja Ciebie też. ;*
Roxie.
Po tym smsie wyjęłam IPoda z torby, słuchawki włożyłam w uszy i włączyłam TĄ piosenkę. Zgasiłam światło i wtuliłam się w poduszki. Myślałam tylko o moim najukochańszym. Wiedziałam, że dzięki temu po prostu on mi się przyśni.
Po kilku minutach wpadłam na piękną łąkę.
Kiedy wysiedliśmy, chciałam o coś mamę spytać. I Cody'ego.
- Mamo, Cody mógłby jeszcze chwilę u nas zostać? A ty zaprosisz jego mamę i będzie git. - spojrzałam na chłopaka znacząco. Musiałam odbyć z nim poważną rozmowę.
Mama zmarszczyła czoło, ale pokiwała głową z uśmiechem.
- Oczywiście. Dopiero 17.00 więc jeszcze nie jest tak późno.
- Chodź. - prawie urwałam mu rękę. Weszliśmy do domu, zdjęliśmy buty i szybko poszliśmy do mnie do pokoju.
- Fajnie tu. - skomentował Cody.
- Dzięki. Coś do picia? - podeszłam do małej lodówki.
- Może pepsi. Jak masz.
- Uhm. - wyjęłam dwie puszki pepsi. Usiadłam na skraju swojego łóżka, zaś Cody na obrotowym krzesełku. Podałam mu puszkę.
Otworzył ją i upił łyk.
- Wiem, że bez powodu byś mnie nie zaprosiła. - chciałam coś dodać, ale mnie uciszył. - No więc, pewnie chodzi ci...
- Tak. O to, co stało się w ogrodzie. - wyszeptałam, wystukując paznokciami o puszkę.
- Ach...Nie wiem, co się stało. Tak mi teraz...głupio. Pewnie sobie pomyślałaś, że całuję każdą dziewczynę, jak jej nawet nie znam, co? - westchnął. Spojrzał w bok. - To nieprawda. Po prostu...Super mi się z Tobą gada, Roxie. I bardzo, bardzo miło spędza mi się z Tobą czas. Wiesz... Nie chcę niczego osądzać zbyt wcześnie... Może wtedy po prostu nie pomyślałem. Przepraszam.
Słuchając jego grobowego tonu, serce mi pękało. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Nie przepraszaj. To mi się nawet...podobało. - wykrztusiłam. Taka była prawda. Chciałam go pocałować.
Spojrzał na mnie, zdziwiony.
- Naprawdę? - wyszeptał, siadając koło mnie.
Pokiwałam głową i splotłam palce naszych dłoni.
- Bo wiesz... gdybyśmy jeszcze bardziej się poznali, moglibyśmy ocenić, czy naprawdę do siebie pasujemy...Chcesz spróbować? - spojrzal w moje oczy.
Podniosłam wzrok.
- Tak. Chcę. - szepnęłam.
Nasze twarze zbliżyły się do siebie. Po chwili już czułam miękkie wargi Cody'ego na swoich ustach.
Później siedzieliśmy jeszcze u mnie, bawiliśmy się z Aprillisem, zeszliśmy na dół bo nasze mamy zamówiły pizzę, zjedliśmy ją i w końcu pani Simpson i Cody poszli po godzinie 21.00. Wiedziałam, że jutro muszę rano wstać, więc przebrałam się w TO Usiadłam na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i myślałam. Nie chodziło mi o różnicę wieku. Co to były w końcu dwa małe latka? Ale bałam się, co powie Andy i John. Czy uwierzą Cody'emu tak jak ja? Czy zaufają mu i zaakceptują to, że jesteśmy razem? Upiłam łyk kakao, które miałam naszykowane w kubku z napisem "I love NY" i odstawiłam je spowrotem na szafkę nocną. Bardzo chciałabym móc teraz wszystko opowiedzieć moim przyjaciołom, ale wiedziałam, że pewnie dawno już chrapią. Nagle coś zawibrowało w mojej torbie. Wyjęłam telefon i położyłam się na łóżku.
Cześć! Śpisz? :)
Cody.
Uśmiechnęłam się delikatnie i zabrałam się za odpisywanie.
Nie, nie śpię. A co? :)
Roxie.
Czekałam na odpowiedź dobre parę minut. Wzięłam w ręce Aprillisa, głaszcząc jego śliczne futerko. Zasnął. Po chwili dostałam kolejną wiadomość.
Jutro mam dla ciebie zaplanowany dzień. ;D Więc tak tylko ostrzegam, żebyś nic nie planowała. A teraz idź już spać. Jutro się spotkamy. ;* Kocham Cię.
Cody.
Serce zabiło mi mocniej, kiedy przeczytałam tę wiadomość. Ostatnie dwa słowa wyryły się w mojej głowie, jakby ktoś je tam przyczepił metalowym łańcuchem. Powtarzałam je sobie kilka, kilkanaście razy, zanim odpisałam.
Dobrze, to czekam z niecierpliwością. :D Ty też już zaśnij. ;P Do jutra, Cody. Ja Ciebie też. ;*
Roxie.
Po tym smsie wyjęłam IPoda z torby, słuchawki włożyłam w uszy i włączyłam TĄ piosenkę. Zgasiłam światło i wtuliłam się w poduszki. Myślałam tylko o moim najukochańszym. Wiedziałam, że dzięki temu po prostu on mi się przyśni.
Po kilku minutach wpadłam na piękną łąkę.
niedziela, 22 sierpnia 2010
Szósty : "Sesja"
Nasze wargi dzieliły centymetry.
- Roxie! - usłyszałam krzyk mamy. Od razu się od siebie odsunęliśmy i wstaliśmy. Rozglądaliśmy się.
Nagle pojawiła się mama z Jayem-Z przy boku. Pomachała nam, żebyśmy podeszli.
- Mało brakowało. - zachichotał Cody. Uważał to za śmieszne?
Przywaliłam mu pięścią w ramię, aż syknął i zaczął masować to miejsce.
- Bardzo, bardzo śmiesznie. - mruknęłam ironicznie.
Podeszliśmy do mamy i stanęliśmy jak dwa porządne aniołki.
- Od dzisiaj Jay-Z to twój meneger, Roxx. W sobotę idziemy do Enterteinment Studio's żeby sprawdzili, czy się do nich nadajesz. - uśmiechnęła się mama.
- Naprawdę?! - patrzyłam to na mamę, to na Jaya. - Dzięki! - wyściskałam ich.
- No chodźcie, jedziemy do domu. - mama nas poganiła. Pożegnaliśmy się z Jayem i wsiedliśmy do samochodu mamy.
- Cieszysz się, Roxie? - zapytała mama, kiedy wyjeżdżaliśmy z posesji Jaya-Z.
- Pewnie, i to jak. - zaśmiałam się.
- Cody, pojedziesz z nami jeszcze do Teen Vogue? Roxie ma sesję.
Chłopak spojrzał na mnie i uniósł zawiadacko brwi.
- Pewnie. Zawsze to jakaś rozrywka. - zaśmiali się z mamą. Cody znowu dostał ode mnie z pięści.
- Proszę pani, ona się nade mną wyżywa! - krzyknął nagle Cody, jakbyśmy byli w przedszkolu.
- Roxanne, uspokój się. - zachichotała mama. - A tak w ogóle, mów mi Annie.
- Dobrze, Annie. - zaśmialiśmy się.
Byliśmy w redakcji Teen Vogue'a w 20 minut. Wysiedliśmy z auta mamy i poszliśmy w trójkę do przestronnego hallu.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - spytała miła recepcjonistka.
Mama obmówiła sprawę i po chwili byliśmy już w gabinecie następczyni redaktor naczelnej, Ellizabeth Marrow.
- Witam Annie! Witam Roxanne, moja ty piękności! - wyściskała nas obie. Spojrzała na zagubionego Cody'ego. - A czy to może jest Cody Simpson? Nie pamiętam, byśmy się umawiali.
- Nie, on tylko jako towarzysz. Byliśmy jeszcze u Jaya-Z bo wszyscy mieliśmy do niego sprawę i akurat tak wyszło, że z nami został. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, Ellie?
- Oczywiście, że nie. Chodźcie, zaprowadzę was do Pierre'a. - poszliśmy za nią przez korytarz. Widziałam ciekawskie spojrzenia pracowników. Pewnie sobie pomyśleli, że ja i Cody to para. Zachichotałam w myślach.
Kiedy znaleźliśmy się już w pracowni fotografa Pierre'a, oglądał on coś z jakąś wychudzoną modelką na laptopie.
- Widzisz, kochana, tutaj za mało się uśmiechasz, a za bardzo przejmujesz. Musisz uwierzyć w siebie. - powiedział do niej z wyraźnym francuskim akcentem.
- Uhm. - mruknęła.
Mężczyzna, widząc nas, zaklaskał w dłonie i przepędził modelkę.
- Annie! Moja droga! - uściskał mamę. Cody zaśmiał się cicho z tyłu.
- A kogóż my tu mamy?! Panienko Roxanne, wyrosłaś jak nigdy! I jesteś przepiękna. - oblałam się rumieńcem.
Wszyscy zachichotali.
- Sandra! - nagle u jego boku zjawiła się rudowłosa dziewczyna z centymetrem w dłoni. Spojrzała na mnie i złapała mnie za rękę.
Zauważyłam jeszcze, jak pani Ellizabeth wychodzi, a mama i Cody siadają na małej kanapie przy biurku Pierre'a. Zaś ten zaczął przygotowywać scenerię i rozstawiać sprzęt.
Sandra zaprowadziła mnie do garderoby, gdzie pełno było innych modelek, które się do mnie uśmiechały. Wreszcie usiadłam na obrotowym krześle przed lustrem. Dziewczyna się mi przyjrzała.
- Masz cudne włosy, Roxanne. - uśmiechnęła się i zaczęła coś przy nich majstrować.
- Bardzo dziękuję. - odwzajemniłam uśmiech i wzięłam do ręki jakąś gazetkę, żeby umilić sobie czas.
Po 15 minutach moja fryzura była gotowa. Bardzo mi się podobała! Sandra natapirowała je i i ułożyła w dwa kucyki po bokach. Wyglądało, jakbym miała dwie waty cukrowe, tylko, że w kolorze blond.
- Ale super. - szepnęłam.
- Dzięki. Chodź, wyszperamy coś dla ciebie. - zabrała mnie do mniejszego pomieszczenia, gdzie były tylko ubrania, buty i inne różne dodatki.
Całe te "szperanie" zajęło nam dobre 25 minut. Wreszcie znalazłyśmy coś, co obydwu nam pasowało. (link) Wreszcie wyszłyśmy do Pierre'a i pozostałych. Stanęłam na szarym tle, uśmiechając się delikatnie. Spojrzałam na Cody'ego. Też się uśmiechał i patrzył prosto na mnie. Widocznie mu się podobałam.
- Moja piękna! Jesteś cudna! Zabieramy się do pracy. - zawołał uradowany Pierre i tak oto zaczęła się sesja.
____________________________________________________________________________________
Coś późno napisałam. xd Ale szczerze mi się nie chciało. ;/ No cóż, czasem tak bywa. Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Buźka. ;*
- Roxie! - usłyszałam krzyk mamy. Od razu się od siebie odsunęliśmy i wstaliśmy. Rozglądaliśmy się.
Nagle pojawiła się mama z Jayem-Z przy boku. Pomachała nam, żebyśmy podeszli.
- Mało brakowało. - zachichotał Cody. Uważał to za śmieszne?
Przywaliłam mu pięścią w ramię, aż syknął i zaczął masować to miejsce.
- Bardzo, bardzo śmiesznie. - mruknęłam ironicznie.
Podeszliśmy do mamy i stanęliśmy jak dwa porządne aniołki.
- Od dzisiaj Jay-Z to twój meneger, Roxx. W sobotę idziemy do Enterteinment Studio's żeby sprawdzili, czy się do nich nadajesz. - uśmiechnęła się mama.
- Naprawdę?! - patrzyłam to na mamę, to na Jaya. - Dzięki! - wyściskałam ich.
- No chodźcie, jedziemy do domu. - mama nas poganiła. Pożegnaliśmy się z Jayem i wsiedliśmy do samochodu mamy.
- Cieszysz się, Roxie? - zapytała mama, kiedy wyjeżdżaliśmy z posesji Jaya-Z.
- Pewnie, i to jak. - zaśmiałam się.
- Cody, pojedziesz z nami jeszcze do Teen Vogue? Roxie ma sesję.
Chłopak spojrzał na mnie i uniósł zawiadacko brwi.
- Pewnie. Zawsze to jakaś rozrywka. - zaśmiali się z mamą. Cody znowu dostał ode mnie z pięści.
- Proszę pani, ona się nade mną wyżywa! - krzyknął nagle Cody, jakbyśmy byli w przedszkolu.
- Roxanne, uspokój się. - zachichotała mama. - A tak w ogóle, mów mi Annie.
- Dobrze, Annie. - zaśmialiśmy się.
Byliśmy w redakcji Teen Vogue'a w 20 minut. Wysiedliśmy z auta mamy i poszliśmy w trójkę do przestronnego hallu.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - spytała miła recepcjonistka.
Mama obmówiła sprawę i po chwili byliśmy już w gabinecie następczyni redaktor naczelnej, Ellizabeth Marrow.
- Witam Annie! Witam Roxanne, moja ty piękności! - wyściskała nas obie. Spojrzała na zagubionego Cody'ego. - A czy to może jest Cody Simpson? Nie pamiętam, byśmy się umawiali.
- Nie, on tylko jako towarzysz. Byliśmy jeszcze u Jaya-Z bo wszyscy mieliśmy do niego sprawę i akurat tak wyszło, że z nami został. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, Ellie?
- Oczywiście, że nie. Chodźcie, zaprowadzę was do Pierre'a. - poszliśmy za nią przez korytarz. Widziałam ciekawskie spojrzenia pracowników. Pewnie sobie pomyśleli, że ja i Cody to para. Zachichotałam w myślach.
Kiedy znaleźliśmy się już w pracowni fotografa Pierre'a, oglądał on coś z jakąś wychudzoną modelką na laptopie.
- Widzisz, kochana, tutaj za mało się uśmiechasz, a za bardzo przejmujesz. Musisz uwierzyć w siebie. - powiedział do niej z wyraźnym francuskim akcentem.
- Uhm. - mruknęła.
Mężczyzna, widząc nas, zaklaskał w dłonie i przepędził modelkę.
- Annie! Moja droga! - uściskał mamę. Cody zaśmiał się cicho z tyłu.
- A kogóż my tu mamy?! Panienko Roxanne, wyrosłaś jak nigdy! I jesteś przepiękna. - oblałam się rumieńcem.
Wszyscy zachichotali.
- Sandra! - nagle u jego boku zjawiła się rudowłosa dziewczyna z centymetrem w dłoni. Spojrzała na mnie i złapała mnie za rękę.
Zauważyłam jeszcze, jak pani Ellizabeth wychodzi, a mama i Cody siadają na małej kanapie przy biurku Pierre'a. Zaś ten zaczął przygotowywać scenerię i rozstawiać sprzęt.
Sandra zaprowadziła mnie do garderoby, gdzie pełno było innych modelek, które się do mnie uśmiechały. Wreszcie usiadłam na obrotowym krześle przed lustrem. Dziewczyna się mi przyjrzała.
- Masz cudne włosy, Roxanne. - uśmiechnęła się i zaczęła coś przy nich majstrować.
- Bardzo dziękuję. - odwzajemniłam uśmiech i wzięłam do ręki jakąś gazetkę, żeby umilić sobie czas.
Po 15 minutach moja fryzura była gotowa. Bardzo mi się podobała! Sandra natapirowała je i i ułożyła w dwa kucyki po bokach. Wyglądało, jakbym miała dwie waty cukrowe, tylko, że w kolorze blond.
- Ale super. - szepnęłam.
- Dzięki. Chodź, wyszperamy coś dla ciebie. - zabrała mnie do mniejszego pomieszczenia, gdzie były tylko ubrania, buty i inne różne dodatki.
Całe te "szperanie" zajęło nam dobre 25 minut. Wreszcie znalazłyśmy coś, co obydwu nam pasowało. (link) Wreszcie wyszłyśmy do Pierre'a i pozostałych. Stanęłam na szarym tle, uśmiechając się delikatnie. Spojrzałam na Cody'ego. Też się uśmiechał i patrzył prosto na mnie. Widocznie mu się podobałam.
- Moja piękna! Jesteś cudna! Zabieramy się do pracy. - zawołał uradowany Pierre i tak oto zaczęła się sesja.
____________________________________________________________________________________
Coś późno napisałam. xd Ale szczerze mi się nie chciało. ;/ No cóż, czasem tak bywa. Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Buźka. ;*
sobota, 21 sierpnia 2010
Piąty : "Przemiana".
Wczoraj poszłam spać około godz. 23, bo nie mogłam przestać bawić się z Aprillisem. Więc niezmiernie się ucieszyłam, że nie muszę dzisiaj iść do szkoły, bo miałam spotkanie z Jayem-Z i sesję do Teen Vogue. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy zdałam sobie z tego sprawę. Odetchnęłam głęboko i zerknęłam na budzik. Była 9.00. O tej porze powinna zaczynać się szkoła!
- Córciu, wstałaś? - spytała cicho mama, wchodząc przez uchylone drzwi.
Mruknęłam coś i usiadłam na łóżku.
- Tak. - uśmiechnęłam się. - Zaraz się odświeżę i możemy jechać do Jaya-Z.
Mama pokiwała głową.
- Nie będziesz mi mieć za złe, że ktoś z nami jeszcze pojedzie? - powiedziała mama, wyraźnie zdenerwowana.
- Mama! Co się stało? - serce podskoczyło mi do gardła.
Mama chrząknęła.
- Widzisz, pewien chłopiec też z nami pojedzie. Jego mama mnie o to prosiła, bo on też jest umówiony z Jayem. A akurat nie ma kto go zawieźć...
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Nie ma sprawy, przecież wiesz, że lubię poznawać nowe osoby. - wzruszyłam ramionami, szczerze zaciekawiona, kto to może być.
Mama odetchnęła z ulgą i się uśmiechnęła.
- Ubieraj się, a na dole czeka śniadanie. - pogłaskała śpiącego w moich nogach Aprillisa i wyszła z pokoju.
Zaczęłam nucić sobie jakąś melodię, wchodząc do łazienki. Umyłam się, założyłam TO , uczesałam włosy w niechlujny kok i wyszłam z łazienki. Mama czekała na dole ze śniadaniem.
- Mmm, omlety. - uśmiechnęłam się szeroko i zabrałam do jedzenia.
Nagle ktoś zatrąbił. Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na mamę.
- O, przyjechał twój nowy kolega. - mama uśmiechnęła się szeroko i podbiegła do drzwi. Słyszałam na zewnątrz, jak kogoś wita, śmieje się, a później ktoś wyjeżdża samochodem.
Właśnie jadłam kolejny kęs omleta, kiedy weszła mama z...
- Roxie, o to Cody. Cody, to Roxie. - mama patrzyła to na mnie, to na blondyna.
Przełknęłam z trudem omlet, po czym popatrzyłam na Cody'ego groźnie.
- My to już się znamy, prawda, panie Simpson? - uśmiechnęłam się pogardliwie, biorąc do ręki pusty talerz. Włożyłam go do zlewu.
Cody na początku był zaskoczony, później jednak nie okazywał żadnych emocji.
- No tak, pewnie chodzicie razem do szkoły! - mama się zaśmiała.- Chodźcie już, chodźcie.
Wzięłam z lodówki puszkę coca-coli i mijając Cody'ego, wyszłam na dwór. Wsiadłam do samochodu, na miejsce pasażera, z przodu.
Mama podeszła z blondynkiem trochę później i spojrzała na mnie wilkiem.
- Roxie, nie dotrzymasz towarzystwa Cody'iemu z tyłu? - spojrzała na mnie tym wzrokiem i wiedziałam, że nie mam wyboru.
- Już, jasne. - mruknęłam i usiadłam z tyłu, obok patrzącego się na mnie chłopaka.
Mama ruszyła, włączyła radio i nie zadawała już pytań.
Czułam się skrępowana, gdy on mnie tak oglądał. Spojrzałam za okno.
Kącikiem oka widziałam, jak wyciąga swój telefon (link ). Szczerze byłam ciekawa, czy po to, aby napisać do Stephanie i jej świty, że musi ze mną spędzić czas. A może miał dziewczynę?
Zastanawiając się tak, włączyłam IPoda i wsłuchałam się w TO . Potem wyjęłam telefon i zaczęłam serfować po Twitterze. Zorientowałam się po kilku sekundach, że mam wiadomość. Byłam szczerze zdziwiona, kto do mnie pisze. Może Andy? Może John? Miałam ochotę im się wyżalić.
Jednak zobaczyłam, że napisał nieznany numer. Otworzyłam wiadomość.
"Cześć...Wiem, że to głupie, bo siedzę koło ciebie. Ale twoja mama mogłaby nas podsłuchać. Słuchaj, ja nie wiedziałem, że Annie to twoja mama. Moja matka tylko mi powiedziała, że nie ma czasu i zawiezie mnie właśnie pani Annie. Nie miałem pojęcia, że to twoja mama, jasne? A po za tym, sorry... Za to, że nazwałem cię Najmądrzejszą. Tak w ogóle, to odeszłem od Steph. Wkurzyła mnie, bo powiedziała, że mam brać dragi. Miałem jej już szczerze dość, bo wyraźnie ze mną flirtowała. Roxx, przepraszam...Nie gniewaj się.
Cody"
Zamurowało mnie, ale nie dałam tego po sobie poznać. Nawet nie zerknęłam w bok na Cody'iego. Zabrałam się za odpisywanie.
"Hej. Nie, nie głupie. Hm..Nowoczesne. ;) Wiem, mama jest zdolna do wszystkiego. Dobra, nie tłumacz się, rozumiem. Przeprosiny przyjęte. Odszedłeś? Wow... Ale cieszę się, że nareszcie zrozumiałeś. Wiesz... nie musisz czuć się odrzucony. My cię z chęcią przyjmiemy. Skoro nie jesteś taki, jak Stephanie i inne bachory. :D "
Nacisnęłam wyślij. Później było coraz fajniej. Pisaliśmy sobie z Codym głupie określenia świty Steph. Wiele razy chciało mi się śmiać, ale powstrzymywałam się przy mamie. Cody to widział i też chciało mu się śmiać. Mimo różnicy wieku, nagle dogadywaliśmy się świetnie. Bardzo miło mi się z nim pisało. Nawet nie zorientowałam się, że już dojechaliśmy do domu Jaya-Z. W końcu jechaliśmy ponad godzinę. Westchnęłam cicho, chowając IPoda i telefon do torby.
- Wychodzimy, dzieciaki. - poinformowała nas mama, kiedy samochód się zatrzymał. Wysiedliśmy i aż mnie zamurowało.
Przed nami stała wielka, luksusowa willa, z basenem z tyłu,wielkim ogrodem, garażem...po prostu luksus! Widziałam też, że Cody jest równie zaintrygowany, co ja.
- Hey! - powitał nas Jay-Z.
- Cześć Jay. Dawno się nie widzieliśmy. - dziwnie mi było patrzeć, jak mama przytula się do Jaya-Z. Cody zachichotaŁ. Dałam mu sójkę w bok.
- To jest moja córka Roxanne, a to jej kolega, Cody. Obydwoje chcą zostać piosenkarzami. To znaczy, Cody już ma własny singiel i jest znany, a chcemy sprawić, żeby Roxx...
- Osiągnęła to samo. - dokończył Jay-Z. - Chodźcie do mojego gabinetu. - zaprowadził nas przez willę do swojego gabinetu. W tym czasie, gdy Jay i mama szli na przodzie, my z Codym uśmiechaliśmy się do siebie i robiliśmy głupie miny. Na prawdę, coraz bardziej go lubiłam i coraz bardziej go poznawałam.
Gabinet wyglądał tak ( link ) .
- Dzieciaki siadajcie na kanapę, a Annie zapraszam tutaj. - wskazał mamie fotel naprzeciwko biurka. Usiedli i zaczęli omawiać moją karierę.
My z Codym, nareszcie mogliśmy poogadać.
- Chodź na spacer. - zaproponował z łobuzerskim uśmiechem. Potaknęłam głową.
- Mamo, możemy iść do ogrodu? - mama się zgodziła z uśmiechem. Poszliśmy i bez trudu trafiliśmy do pełnego zieleni ogrodu.
Przygryzałam wargę, przechadzając się z blondynem po kamiennych ścieżkach.
- Wiesz, super mi się z tobą gada. Lepiej niż z tymi nadzianymi dzieciakami. - zaśmialiśmy się.
- No wiesz, skoro poznałam, jaki jesteś naprawdę, to może powiesz mi, co cię skłoniło do tego, żeby do Stephanie dołączyć? - szepnęłam.
Westchnął cicho.
- Po prostu... myślałem, że dzięki niej każdy będzie mnie w szkole lubił. - wzruszył ramionami.
- No tak... też tak myślałam. - uśmiechnęłam się pocieszająco. - Ale było,minęło... - nagle zauważyłam, że Cody został gdzieś z tyłu. Zmarszczyłam czoło i odwróciłam się na pięcie. Dostałam czymś mokrym. Zadrżałam.
- Mam cię! Nie dogonisz mnie! - zaśmiał się Cody, uciekając.
Okazało się, że znaleźliśmy się obok wielkiego basenu i dostałam wodą!
- Osz ty! - zachichotałam i namoczyłam palce w wodzie. Podbiegłam do Cody'iego i rozpryskałam mu krople na twarz.
- O nie! - zaśmialiśmy się, po czym Cody złapał mnie i wylądowaliśmy oboje na zielonej trawie, obok siebie. Wpatrywaliśmy się w siebie przez chwilę.
- Fajne masz oczy. - wyszeptał, a mi zrobiło się dziwnie w brzuchu.
- Dzięki. - wykrztusiłam, cała czerwona.
Nagle Cody nachylił się nade mną....
____________________________________________________________________________________
Ten rozdział jest zakończony taką tajemnicą. :D Czy Roxie da się namówić Cody'iemu na pocałunek? Czy będą ze sobą szczęśliwi? Czy Stephanie będzie chciała odzyskać Cody'iego dla siebie?
Dowiecie się wkrótce. xD :D
Pozdroo dla obserwatorów i tych, którzy komentują. ;*
- Córciu, wstałaś? - spytała cicho mama, wchodząc przez uchylone drzwi.
Mruknęłam coś i usiadłam na łóżku.
- Tak. - uśmiechnęłam się. - Zaraz się odświeżę i możemy jechać do Jaya-Z.
Mama pokiwała głową.
- Nie będziesz mi mieć za złe, że ktoś z nami jeszcze pojedzie? - powiedziała mama, wyraźnie zdenerwowana.
- Mama! Co się stało? - serce podskoczyło mi do gardła.
Mama chrząknęła.
- Widzisz, pewien chłopiec też z nami pojedzie. Jego mama mnie o to prosiła, bo on też jest umówiony z Jayem. A akurat nie ma kto go zawieźć...
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Nie ma sprawy, przecież wiesz, że lubię poznawać nowe osoby. - wzruszyłam ramionami, szczerze zaciekawiona, kto to może być.
Mama odetchnęła z ulgą i się uśmiechnęła.
- Ubieraj się, a na dole czeka śniadanie. - pogłaskała śpiącego w moich nogach Aprillisa i wyszła z pokoju.
Zaczęłam nucić sobie jakąś melodię, wchodząc do łazienki. Umyłam się, założyłam TO , uczesałam włosy w niechlujny kok i wyszłam z łazienki. Mama czekała na dole ze śniadaniem.
- Mmm, omlety. - uśmiechnęłam się szeroko i zabrałam do jedzenia.
Nagle ktoś zatrąbił. Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na mamę.
- O, przyjechał twój nowy kolega. - mama uśmiechnęła się szeroko i podbiegła do drzwi. Słyszałam na zewnątrz, jak kogoś wita, śmieje się, a później ktoś wyjeżdża samochodem.
Właśnie jadłam kolejny kęs omleta, kiedy weszła mama z...
- Roxie, o to Cody. Cody, to Roxie. - mama patrzyła to na mnie, to na blondyna.
Przełknęłam z trudem omlet, po czym popatrzyłam na Cody'ego groźnie.
- My to już się znamy, prawda, panie Simpson? - uśmiechnęłam się pogardliwie, biorąc do ręki pusty talerz. Włożyłam go do zlewu.
Cody na początku był zaskoczony, później jednak nie okazywał żadnych emocji.
- No tak, pewnie chodzicie razem do szkoły! - mama się zaśmiała.- Chodźcie już, chodźcie.
Wzięłam z lodówki puszkę coca-coli i mijając Cody'ego, wyszłam na dwór. Wsiadłam do samochodu, na miejsce pasażera, z przodu.
Mama podeszła z blondynkiem trochę później i spojrzała na mnie wilkiem.
- Roxie, nie dotrzymasz towarzystwa Cody'iemu z tyłu? - spojrzała na mnie tym wzrokiem i wiedziałam, że nie mam wyboru.
- Już, jasne. - mruknęłam i usiadłam z tyłu, obok patrzącego się na mnie chłopaka.
Mama ruszyła, włączyła radio i nie zadawała już pytań.
Czułam się skrępowana, gdy on mnie tak oglądał. Spojrzałam za okno.
Kącikiem oka widziałam, jak wyciąga swój telefon (link ). Szczerze byłam ciekawa, czy po to, aby napisać do Stephanie i jej świty, że musi ze mną spędzić czas. A może miał dziewczynę?
Zastanawiając się tak, włączyłam IPoda i wsłuchałam się w TO . Potem wyjęłam telefon i zaczęłam serfować po Twitterze. Zorientowałam się po kilku sekundach, że mam wiadomość. Byłam szczerze zdziwiona, kto do mnie pisze. Może Andy? Może John? Miałam ochotę im się wyżalić.
Jednak zobaczyłam, że napisał nieznany numer. Otworzyłam wiadomość.
"Cześć...Wiem, że to głupie, bo siedzę koło ciebie. Ale twoja mama mogłaby nas podsłuchać. Słuchaj, ja nie wiedziałem, że Annie to twoja mama. Moja matka tylko mi powiedziała, że nie ma czasu i zawiezie mnie właśnie pani Annie. Nie miałem pojęcia, że to twoja mama, jasne? A po za tym, sorry... Za to, że nazwałem cię Najmądrzejszą. Tak w ogóle, to odeszłem od Steph. Wkurzyła mnie, bo powiedziała, że mam brać dragi. Miałem jej już szczerze dość, bo wyraźnie ze mną flirtowała. Roxx, przepraszam...Nie gniewaj się.
Cody"
Zamurowało mnie, ale nie dałam tego po sobie poznać. Nawet nie zerknęłam w bok na Cody'iego. Zabrałam się za odpisywanie.
"Hej. Nie, nie głupie. Hm..Nowoczesne. ;) Wiem, mama jest zdolna do wszystkiego. Dobra, nie tłumacz się, rozumiem. Przeprosiny przyjęte. Odszedłeś? Wow... Ale cieszę się, że nareszcie zrozumiałeś. Wiesz... nie musisz czuć się odrzucony. My cię z chęcią przyjmiemy. Skoro nie jesteś taki, jak Stephanie i inne bachory. :D "
Nacisnęłam wyślij. Później było coraz fajniej. Pisaliśmy sobie z Codym głupie określenia świty Steph. Wiele razy chciało mi się śmiać, ale powstrzymywałam się przy mamie. Cody to widział i też chciało mu się śmiać. Mimo różnicy wieku, nagle dogadywaliśmy się świetnie. Bardzo miło mi się z nim pisało. Nawet nie zorientowałam się, że już dojechaliśmy do domu Jaya-Z. W końcu jechaliśmy ponad godzinę. Westchnęłam cicho, chowając IPoda i telefon do torby.
- Wychodzimy, dzieciaki. - poinformowała nas mama, kiedy samochód się zatrzymał. Wysiedliśmy i aż mnie zamurowało.
Przed nami stała wielka, luksusowa willa, z basenem z tyłu,wielkim ogrodem, garażem...po prostu luksus! Widziałam też, że Cody jest równie zaintrygowany, co ja.
- Hey! - powitał nas Jay-Z.
- Cześć Jay. Dawno się nie widzieliśmy. - dziwnie mi było patrzeć, jak mama przytula się do Jaya-Z. Cody zachichotaŁ. Dałam mu sójkę w bok.
- To jest moja córka Roxanne, a to jej kolega, Cody. Obydwoje chcą zostać piosenkarzami. To znaczy, Cody już ma własny singiel i jest znany, a chcemy sprawić, żeby Roxx...
- Osiągnęła to samo. - dokończył Jay-Z. - Chodźcie do mojego gabinetu. - zaprowadził nas przez willę do swojego gabinetu. W tym czasie, gdy Jay i mama szli na przodzie, my z Codym uśmiechaliśmy się do siebie i robiliśmy głupie miny. Na prawdę, coraz bardziej go lubiłam i coraz bardziej go poznawałam.
Gabinet wyglądał tak ( link ) .
- Dzieciaki siadajcie na kanapę, a Annie zapraszam tutaj. - wskazał mamie fotel naprzeciwko biurka. Usiedli i zaczęli omawiać moją karierę.
My z Codym, nareszcie mogliśmy poogadać.
- Chodź na spacer. - zaproponował z łobuzerskim uśmiechem. Potaknęłam głową.
- Mamo, możemy iść do ogrodu? - mama się zgodziła z uśmiechem. Poszliśmy i bez trudu trafiliśmy do pełnego zieleni ogrodu.
Przygryzałam wargę, przechadzając się z blondynem po kamiennych ścieżkach.
- Wiesz, super mi się z tobą gada. Lepiej niż z tymi nadzianymi dzieciakami. - zaśmialiśmy się.
- No wiesz, skoro poznałam, jaki jesteś naprawdę, to może powiesz mi, co cię skłoniło do tego, żeby do Stephanie dołączyć? - szepnęłam.
Westchnął cicho.
- Po prostu... myślałem, że dzięki niej każdy będzie mnie w szkole lubił. - wzruszył ramionami.
- No tak... też tak myślałam. - uśmiechnęłam się pocieszająco. - Ale było,minęło... - nagle zauważyłam, że Cody został gdzieś z tyłu. Zmarszczyłam czoło i odwróciłam się na pięcie. Dostałam czymś mokrym. Zadrżałam.
- Mam cię! Nie dogonisz mnie! - zaśmiał się Cody, uciekając.
Okazało się, że znaleźliśmy się obok wielkiego basenu i dostałam wodą!
- Osz ty! - zachichotałam i namoczyłam palce w wodzie. Podbiegłam do Cody'iego i rozpryskałam mu krople na twarz.
- O nie! - zaśmialiśmy się, po czym Cody złapał mnie i wylądowaliśmy oboje na zielonej trawie, obok siebie. Wpatrywaliśmy się w siebie przez chwilę.
- Fajne masz oczy. - wyszeptał, a mi zrobiło się dziwnie w brzuchu.
- Dzięki. - wykrztusiłam, cała czerwona.
Nagle Cody nachylił się nade mną....
____________________________________________________________________________________
Ten rozdział jest zakończony taką tajemnicą. :D Czy Roxie da się namówić Cody'iemu na pocałunek? Czy będą ze sobą szczęśliwi? Czy Stephanie będzie chciała odzyskać Cody'iego dla siebie?
Dowiecie się wkrótce. xD :D
Pozdroo dla obserwatorów i tych, którzy komentują. ;*
Czwarty : "Niespodzianka".
Była 6:45 kiedy zadzwonił budzik. Mruknęłam coś pod nosem i wyłączyłam go dłonią. Zakryłam uszy poduszką.
- Skarbie... – nie wiedziałam, czy to sen czy prawda. Ale czyżbym słyszała głos mamy?!
- Mama...? – spytałam zaspana, mrugając powiekami i rozglądając się po pokoju.
Mama się zaśmiała.
- Tak, to ja. Wróciliśmy z tatą o 4 nad ranem.
- Ale fajnie. – uśmiechnęłam się i mocno ją przytuliłam. – A gdzie tata?
- Właśnie pojechał załatwić pewną sprawę... – w oczach mamy błysnęło coś dziwnego.
- Mamo, co jest? – lekko dźgnęłam ją w bok, kiedy zobaczyłam, że cicho się śmieje.
- Nic, Słońce. Idź się przebierz, zawiozę cię do szkoły. – poklepała mnie po kolanie i znowu z tym dziwacznym błyskiem w oku wyszła z pokoju i zeszła na dół.
Wiedziałam, co to oznacza. Że coś się kroi. Jakaś niespodzianka. A że ja uwielbiałam niespodzianki, ogromnie się ucieszyłam. Poszłam do łazienki, zakładając TO . Umyłam twarz, zęby, uczesałam się, a włosy związałam w wysoki kucyk. Fajnie wyglądałam, jak zwykle.
Poszłam na dół, do kuchni. Mama właśnie podawała do stołu dwie miski płatków z miodem. Nasze ulubione.
Zabrałyśmy się do jedzenia.
- Opowiadaj, jak tam w Kalifornii? – spytałam, jedząc powoli.
- Jak w Kalifornii. Gorąco.
- Kąpałaś się chociaż w oceanie? – spytałam z ekscytacją.
- No pewnie. A hotel, mówię ci. Cudo. Musimy cię z tatą kiedyś tam zabrać.
- Okej, trzymam cię za słowo. – zachichotałyśmy.
- Chodź, już chodź. – mama włożyła miskę do zlewu. Założyła ramoneskę i buty, po czym razem wyszłyśmy na podjazd, gdzie czekał samochód mamy (link). Wsiadłam na siedzenie pasażera, a mama kierowcy.
- Jejku, nie mogę się doczekać moich 16-tych urodzin... – rozmarzyłam się.
Mama odpaliła i ruszyłyśmy.
- Nie dziwne. W końcu to wielki dzień.
- No wiem...Oczywiście będę mogła zrobić ogromną imprezę, prawda?
- Hm...Zastanowię się. – mama się zaśmiała.
- Czyli to znaczy „tak”? Bo wiesz, marzył mi się Chelsea. – uśmiechnęłam się pod nosem. Chelsea Hotel był to jeden z najsłynniejszych hoteli w Nowym Jorku.
Mama chrząknęła, ale z uśmiechem.
- Musimy czekać na decyzję taty. Do twoich urodzin jeszcze miesiąc, więc mamy czas.
No tak, urodziłam się 16 czerwca, a był 16 maja. Jeszcze mieliśmy czas.
Dojechałyśmy pod moją szkołę.
- Podjechać po ciebie po lekcjach, czy chcesz czekać na tatę lub Jacksona?
- Zdzwonimy się. Cześć. – cmoknęłyśmy się w policzki. Wysiadłam i podreptałam w stronę szkoły.
Jak zwykle wszyscy się na mnie patrzyli, ale jak zwykle ich ominęłam, żeby wyszukać wzrokiem blond włosy i niebieskie oczy.
Był. Też się na mnie patrzył, a nie jak inni, na auto mojej mamy, która dopiero znikała za rogiem.
Przygryzłam wargę. Nie byłam gotowa, żeby z nim pogadać, twarzą w twarz. Poza tym, nie powinnam się z nim zadawać, skoro uważał za lepsze towarzystwo Stephenie i innych bachorów.
Poszłam prosto pod salę chemiczną.
- Co ty? Gadałaś z nim?! – szeptała zdziwiona i podekscytowana Andy.
- Boże, nie ekscytuj się. Tylko mu podziękowałam. I powiedziałam mu, dlaczego nie jestem u Nadzianych Inaczej, bo się zapytał. A później się pożarliśmy. Chciałam mu wytłumaczyć, że oni go zrujnują, ale nasz Słodki Cody uważa, że oni są the best i otworzą mu wszystkie drzwi do kariery. – mruknęłam, podenerwowana.
Nagle do klasy wszedł ktoś i wszyscy wokół mnie zamilkli. Ale tylko na sekundkę.
- Cody! Codusiaczek! – pisnęła Hannah Burck, podbiegając do blondyna i zarzucając mu ręce na szyję.
Jezu, jak ja jej nienawidziłam i tej jej tapety i tej jej okropnego stylu! I ten głos! Bleee!
Wszystkie siostrzyczki bliźniaczki Burck ubierały się tak samo. Zawsze najwięcej w tych „kreacjach”, oczywiście, było różu.
Odwróciłam się odruchowo i zobaczyłam Cody’ego, który powoli przekraczał próg sali. Uśmiechnął się do Hannah, ale ten uśmiech wyrażał bardziej dezaprobatę, niż miły stosunek do drugiej osoby. Ominął ją i usiadł w ostatniej ławce. Sam.
- Dee, co on tu robi?! – szepnęłam nerwowo.
- Ma z nami chemię. Trzy razy w tygodniu. Jakoś przecierpisz. – poklepała mnie po ramieniu Andy.
- A gdzie jego „świta” ? – spytałam ironicznie.
- Oni mają teraz matmę. Razem z Johnem. Biedaczek. Dobrze, że chociaż jeszcze tam jest Frankie. Przynajmniej będą się trzymać razem.
Zapomniałam, że w Stanach każdy uczeń ma oddzielny plan lekcji. Akurat tak się złożyło, że ja, Andy i John mieliśmy prawie wszystkie lekcje razem, tylko John miał oddzielnie matmę od nas. A Frankie był dalekim kuzynem Johna.
Wyszło więc, że Steph nic nie robiła, żeby każdą lekcję miała z Cody’m. Uśmiechnęłam się kpiarsko. Nasz Pan Rozkapryszony musiał być wielce niepocieszony tym faktem. Ale zdziwiło mnie też, czemu Stephenie nie walczyła o niego. Przecież tak się „ubóstwiali”! Chyba, że...że Cody właśnie chciał się od nich odizolować na chociaż jedną lekcję. Ale tej opcji nie brałam pod uwagę. Była zbyt mało prawdopodobna. Przecież oni „otworzą mu drzwi do kariery”!
Prychnęłam pod nosem, kiedy nasze spojrzenia się złapały. W jego oczach widziałam coś dziwnego...chęć przebaczenia? Chęć współpracy?
Albo mi się tylko zdawało.
- Witam Państwa! – zabrzmiała pani Marshmallow, kiedy tylko skończył się dzwonek.
Westchnęłam pod nosem, po czym spuściłam wzrok, starając się, aby już więcej na niego nie spojrzeć.
- Wiem już, gdzie prawdopodobnie odbędą się moje 16-te urodziny. – oznajmiłam tajemniczo Johnowi i Andy, kiedy zamyśleni szliśmy w kierunku boiska do kosza.
- Tak?! – pisnęła uradowana Dee.
- Gadaj. – puknął mnie lekko w ramię John.
- No więc...prawdopodobnie będzie to Chelsea Hotel. – zobaczyłam ich otwarte szczęki, wybuchnęłam śmiechem.
- Wow... – szepnęła tylko brunetka.
- Właśnie. – dopowiedział czarnul.
Już mieliśmy skręcać i iść prosto na boisko, kiedy znikąd pojawiło się autko mojego taty (link).
- Cześć Roxie! – uśmiechnął się. Spojrzał na Dee i Johna. – Cześć wam.
- Dzień dobry. – powiedzieli.
- Hej, Tatku! – weszłam do auta i przytuliłam tatę mocno.
- Wchodźcie, podwiozę was. – zaproponował tata.
Weszli na tylne siedzenie. Ja siedziałam z przodu.
- Tato, stęskniłam się. – uśmiechnęłam się do niego, kiedy ruszył.
- Ja za tobą też skarbie. A w domu czeka niespodzianka. – zachichotał.
- Jaka, jaka?! – wręcz krzyczałam.
- W swoim czasie.
Odwieźliśmy Andy i Johna. Byłam w domu z tatą o 19. Jeszcze poszliśmy do Burger Kinga, żeby pogadać i zjeść obiad.
- Cześć! – rzuciliśmy do mamy, która siedziała w salonie, oglądając w telewizji „E!” i trzymając coś czarnego na kolanach. Nadstawiłam uszu. To coś...miauczało?!
- Mamo! – krzyknęłam, zdejmując buty i rzucając torbę na podłogę, ale mama mnie uciszyła.
- Cicho, bo się wystraszy! – szepnęła, wskazując głową na czarny kłębek na swojej białej spódniczce.
Ukucnęłam przed tym czarnym „czymś” i pogłaskałam. Miało miękkie futerko i przyjemnie mruczało.
- To dla ciebie. – wyszeptali rodzice. Tata przytulił mamę ramieniem.
- Naprawdę? – zawsze chciałam mieć kota, od kiedy pamiętam. Wzięłam kłębek na ręce i pogłaskałam. Wtem spojrzała na mnie para żółtych, kocich oczu. Tak się przestraszyłam, że cicho jęknęłam. Później zachichotałam. - Jak go nazwiesz? – dopytywała się mama.
- Hm...nazwałabym cię Prima Aprillis...Ale...żeby było krócej, to Aprillis. Bo mnie tak zabawnie wystraszyłeś! – musnęłam nosem jego łepek. Aprillis miauknął.
- Dzięki, dzięki! – wycałowałam mamę i tatę.
Na chwilę chociaż zapomniałam o Cody’m i nieznośnych myślach.
__________________________________________________________________________________
Wiecie, co postanowiłam? Że będę dodawać tyle postów dziennie, ile mi się będzie chciało. :D Dzięki, za to, że dodajecie się do obs. ;* Mam nadzieję, że wam się podobają rozdziały. :D
Pzdr. ;*
- Skarbie... – nie wiedziałam, czy to sen czy prawda. Ale czyżbym słyszała głos mamy?!
- Mama...? – spytałam zaspana, mrugając powiekami i rozglądając się po pokoju.
Mama się zaśmiała.
- Tak, to ja. Wróciliśmy z tatą o 4 nad ranem.
- Ale fajnie. – uśmiechnęłam się i mocno ją przytuliłam. – A gdzie tata?
- Właśnie pojechał załatwić pewną sprawę... – w oczach mamy błysnęło coś dziwnego.
- Mamo, co jest? – lekko dźgnęłam ją w bok, kiedy zobaczyłam, że cicho się śmieje.
- Nic, Słońce. Idź się przebierz, zawiozę cię do szkoły. – poklepała mnie po kolanie i znowu z tym dziwacznym błyskiem w oku wyszła z pokoju i zeszła na dół.
Wiedziałam, co to oznacza. Że coś się kroi. Jakaś niespodzianka. A że ja uwielbiałam niespodzianki, ogromnie się ucieszyłam. Poszłam do łazienki, zakładając TO . Umyłam twarz, zęby, uczesałam się, a włosy związałam w wysoki kucyk. Fajnie wyglądałam, jak zwykle.
Poszłam na dół, do kuchni. Mama właśnie podawała do stołu dwie miski płatków z miodem. Nasze ulubione.
Zabrałyśmy się do jedzenia.
- Opowiadaj, jak tam w Kalifornii? – spytałam, jedząc powoli.
- Jak w Kalifornii. Gorąco.
- Kąpałaś się chociaż w oceanie? – spytałam z ekscytacją.
- No pewnie. A hotel, mówię ci. Cudo. Musimy cię z tatą kiedyś tam zabrać.
- Okej, trzymam cię za słowo. – zachichotałyśmy.
- Chodź, już chodź. – mama włożyła miskę do zlewu. Założyła ramoneskę i buty, po czym razem wyszłyśmy na podjazd, gdzie czekał samochód mamy (link). Wsiadłam na siedzenie pasażera, a mama kierowcy.
- Jejku, nie mogę się doczekać moich 16-tych urodzin... – rozmarzyłam się.
Mama odpaliła i ruszyłyśmy.
- Nie dziwne. W końcu to wielki dzień.
- No wiem...Oczywiście będę mogła zrobić ogromną imprezę, prawda?
- Hm...Zastanowię się. – mama się zaśmiała.
- Czyli to znaczy „tak”? Bo wiesz, marzył mi się Chelsea. – uśmiechnęłam się pod nosem. Chelsea Hotel był to jeden z najsłynniejszych hoteli w Nowym Jorku.
Mama chrząknęła, ale z uśmiechem.
- Musimy czekać na decyzję taty. Do twoich urodzin jeszcze miesiąc, więc mamy czas.
No tak, urodziłam się 16 czerwca, a był 16 maja. Jeszcze mieliśmy czas.
Dojechałyśmy pod moją szkołę.
- Podjechać po ciebie po lekcjach, czy chcesz czekać na tatę lub Jacksona?
- Zdzwonimy się. Cześć. – cmoknęłyśmy się w policzki. Wysiadłam i podreptałam w stronę szkoły.
Jak zwykle wszyscy się na mnie patrzyli, ale jak zwykle ich ominęłam, żeby wyszukać wzrokiem blond włosy i niebieskie oczy.
Był. Też się na mnie patrzył, a nie jak inni, na auto mojej mamy, która dopiero znikała za rogiem.
Przygryzłam wargę. Nie byłam gotowa, żeby z nim pogadać, twarzą w twarz. Poza tym, nie powinnam się z nim zadawać, skoro uważał za lepsze towarzystwo Stephenie i innych bachorów.
Poszłam prosto pod salę chemiczną.
- Co ty? Gadałaś z nim?! – szeptała zdziwiona i podekscytowana Andy.
- Boże, nie ekscytuj się. Tylko mu podziękowałam. I powiedziałam mu, dlaczego nie jestem u Nadzianych Inaczej, bo się zapytał. A później się pożarliśmy. Chciałam mu wytłumaczyć, że oni go zrujnują, ale nasz Słodki Cody uważa, że oni są the best i otworzą mu wszystkie drzwi do kariery. – mruknęłam, podenerwowana.
Nagle do klasy wszedł ktoś i wszyscy wokół mnie zamilkli. Ale tylko na sekundkę.
- Cody! Codusiaczek! – pisnęła Hannah Burck, podbiegając do blondyna i zarzucając mu ręce na szyję.
Jezu, jak ja jej nienawidziłam i tej jej tapety i tej jej okropnego stylu! I ten głos! Bleee!
Wszystkie siostrzyczki bliźniaczki Burck ubierały się tak samo. Zawsze najwięcej w tych „kreacjach”, oczywiście, było różu.
Odwróciłam się odruchowo i zobaczyłam Cody’ego, który powoli przekraczał próg sali. Uśmiechnął się do Hannah, ale ten uśmiech wyrażał bardziej dezaprobatę, niż miły stosunek do drugiej osoby. Ominął ją i usiadł w ostatniej ławce. Sam.
- Dee, co on tu robi?! – szepnęłam nerwowo.
- Ma z nami chemię. Trzy razy w tygodniu. Jakoś przecierpisz. – poklepała mnie po ramieniu Andy.
- A gdzie jego „świta” ? – spytałam ironicznie.
- Oni mają teraz matmę. Razem z Johnem. Biedaczek. Dobrze, że chociaż jeszcze tam jest Frankie. Przynajmniej będą się trzymać razem.
Zapomniałam, że w Stanach każdy uczeń ma oddzielny plan lekcji. Akurat tak się złożyło, że ja, Andy i John mieliśmy prawie wszystkie lekcje razem, tylko John miał oddzielnie matmę od nas. A Frankie był dalekim kuzynem Johna.
Wyszło więc, że Steph nic nie robiła, żeby każdą lekcję miała z Cody’m. Uśmiechnęłam się kpiarsko. Nasz Pan Rozkapryszony musiał być wielce niepocieszony tym faktem. Ale zdziwiło mnie też, czemu Stephenie nie walczyła o niego. Przecież tak się „ubóstwiali”! Chyba, że...że Cody właśnie chciał się od nich odizolować na chociaż jedną lekcję. Ale tej opcji nie brałam pod uwagę. Była zbyt mało prawdopodobna. Przecież oni „otworzą mu drzwi do kariery”!
Prychnęłam pod nosem, kiedy nasze spojrzenia się złapały. W jego oczach widziałam coś dziwnego...chęć przebaczenia? Chęć współpracy?
Albo mi się tylko zdawało.
- Witam Państwa! – zabrzmiała pani Marshmallow, kiedy tylko skończył się dzwonek.
Westchnęłam pod nosem, po czym spuściłam wzrok, starając się, aby już więcej na niego nie spojrzeć.
- Wiem już, gdzie prawdopodobnie odbędą się moje 16-te urodziny. – oznajmiłam tajemniczo Johnowi i Andy, kiedy zamyśleni szliśmy w kierunku boiska do kosza.
- Tak?! – pisnęła uradowana Dee.
- Gadaj. – puknął mnie lekko w ramię John.
- No więc...prawdopodobnie będzie to Chelsea Hotel. – zobaczyłam ich otwarte szczęki, wybuchnęłam śmiechem.
- Wow... – szepnęła tylko brunetka.
- Właśnie. – dopowiedział czarnul.
Już mieliśmy skręcać i iść prosto na boisko, kiedy znikąd pojawiło się autko mojego taty (link).
- Cześć Roxie! – uśmiechnął się. Spojrzał na Dee i Johna. – Cześć wam.
- Dzień dobry. – powiedzieli.
- Hej, Tatku! – weszłam do auta i przytuliłam tatę mocno.
- Wchodźcie, podwiozę was. – zaproponował tata.
Weszli na tylne siedzenie. Ja siedziałam z przodu.
- Tato, stęskniłam się. – uśmiechnęłam się do niego, kiedy ruszył.
- Ja za tobą też skarbie. A w domu czeka niespodzianka. – zachichotał.
- Jaka, jaka?! – wręcz krzyczałam.
- W swoim czasie.
Odwieźliśmy Andy i Johna. Byłam w domu z tatą o 19. Jeszcze poszliśmy do Burger Kinga, żeby pogadać i zjeść obiad.
- Cześć! – rzuciliśmy do mamy, która siedziała w salonie, oglądając w telewizji „E!” i trzymając coś czarnego na kolanach. Nadstawiłam uszu. To coś...miauczało?!
- Mamo! – krzyknęłam, zdejmując buty i rzucając torbę na podłogę, ale mama mnie uciszyła.
- Cicho, bo się wystraszy! – szepnęła, wskazując głową na czarny kłębek na swojej białej spódniczce.
Ukucnęłam przed tym czarnym „czymś” i pogłaskałam. Miało miękkie futerko i przyjemnie mruczało.
- To dla ciebie. – wyszeptali rodzice. Tata przytulił mamę ramieniem.
- Naprawdę? – zawsze chciałam mieć kota, od kiedy pamiętam. Wzięłam kłębek na ręce i pogłaskałam. Wtem spojrzała na mnie para żółtych, kocich oczu. Tak się przestraszyłam, że cicho jęknęłam. Później zachichotałam. - Jak go nazwiesz? – dopytywała się mama.
- Hm...nazwałabym cię Prima Aprillis...Ale...żeby było krócej, to Aprillis. Bo mnie tak zabawnie wystraszyłeś! – musnęłam nosem jego łepek. Aprillis miauknął.
- Dzięki, dzięki! – wycałowałam mamę i tatę.
Na chwilę chociaż zapomniałam o Cody’m i nieznośnych myślach.
__________________________________________________________________________________
Wiecie, co postanowiłam? Że będę dodawać tyle postów dziennie, ile mi się będzie chciało. :D Dzięki, za to, że dodajecie się do obs. ;* Mam nadzieję, że wam się podobają rozdziały. :D
Pzdr. ;*
Trzeci : „Pani Najmądrzejsza”
Wróciłam do domu po 21. Kupiłam sobie kilka dodatków. Oto ONE . Johnowi nie za bardzo podobało się nasze chodzenie, bo spóźnił się na próbę do swojej kapeli „Dead Roses”. Za to my z Andy byłyśmy wniebowzięte. Kupiłyśmy sobie super rzeczy. A to, co kupiła sobie Dee (link). A to wszystko dlatego, że w tę sobotę miała ślub brata, Harry’ego. Wyglądała w tym wszystkim ślicznie, co przyznał nawet nieskory do komplementowania naszych zakupów, John.
Zdjęłam buty i poszłam na górę.
- Nie jesteś głodna? – rzuciła tylko prędko Dorinda.
- Nie, mam na górze colę i mi starczy, dzięki. – przeskakiwałam co dwa stopnie. Musiałam szybko znaleźć się w pokoju.
Rzuciłam torebkę przy łóżku i poszłam szybko do mojej łazienki się przebrać w TO ) i związałam włosy w kucyk. Ułożyłam się na łóżku, stawiając przed siebie mojego notebooka (link). Od razu włączyłam Twittera, Facebooka i MySpace. Na Skype’ie od razu zaczęła dobijać się do mnie Dee. Zignorowałam ją tymczasowo, żeby skupić się na szukaniu tej jednej jedynej osoby, która mnie interesowała.
Cody Simpson.
Wreszcie znalazłam jego profil na Facebooku. Zobaczyłam, że jest on-line, więc spisałam jego nazwę Skype’a i zagadałam:
/rozmowa na Skype/
- Cześć.
Cisza.
- Hej. Kto ty?
- Nie domyślasz się? – uśmiechnęłam się pod nosem.
- No nie...RoxanneLullaby...Hm...
- Wysil się. – wstałam na moment, żeby wyjąć z małej lodówki schłodzoną puszkę coca-coli.
- Roxanne? Ta, ze szkoły?
- Możliwe. Dobra, to ja.
- Co chciałaś? – domyśliłam się, że nie jest zbytnio zainteresowany moją osobą. Zasmuciło mnie to i jednocześnie wkurzyło.
- Chciałam cię tylko przeprosić. Myślałam, że zbytnio nie chciałeś mi oddać tej bransoletki, albo ją po prostu ukradłeś i nie chciałeś się przyznać. Sorka.
- Spoko...Chyba. Nie rozumiem tylko jednego. Czemu nie zadajesz się ze Steph i innymi, skoro jesteś taka bogata i no wiesz... wszyscy chcą być tobą?
Przygryzłam dolną wargę.
- To długa historia, Cody...
- Mam czas. :)
- No spoko... No więc...Na początku, gdy tu przyszłam, nie byłam taka bogata. Mój tata siedział w więzieniu, a mama czepiała się każdej pracy, byleby tylko zrobić mi obiad. Wtedy wszyscy wytykali mnie palcami, zwłaszcza Stephenie i inni. Później okazało się jednak, że tata po wyjściu z pudła robi coraz większą karierę. Wciągnął też mamę. Zostali w mgnieniu oka najsławniejszymi i najbogatszymi ludźmi showbiznesu. Więc, także i ja byłam rozpoznawalna i sławna. Coraz więcej ludzi w szkole zaczęło się ze mną zadawać, pokrótce też i Stephenie zaprosiła mnie do swojej grupy. A, zapomniałam ci wspomnieć... – zrobiłam pauzę. – tylko dwoje ludzi na całą szkołę zaprzyjaźniło się ze mną, mimo, że oni byli całkiem nadziani, a ja nie. Andy i John. To oni zostali moimi najlepszymi przyjaciółmi aż do dzisiaj. No więc, byłam w grupie Steph, a zostawiłam na lodzie Dee i Johna. Czułam się trochę podle. Pewnego dnia Stephenie kazała mi przezwać Johna od najgorszych. Powiedziałam, że nigdy tego nie zrobię, w życiu. I odeszłam od nich, co zdziwiło wszystkich w szkole. Od tamtego czasu, omijam tę jej „grupkę specjalnej pomocy” z daleka, a trzymam z zaufanymi.
- O... – widocznie go zamurowało. – Nie wiedziałem, że oni są tacy...
- A co? Pewnie nagadali ci, że to ja jestem taka sławna lalusia, która zadziera noska?
- Coś podobnego. ;D
- Ech...Szkoda mi cię, Cody. Że wpadłeś w to towarzystwo, zamiast trafić na prawdziwych przyjaciół...
- Oni są moimi przyjaciółmi! Chcą po prostu, żeby żyło mi się lepiej. Żebym był wszędzie mile widziany!
- Cody! Nie rozumiesz! Oni mają cię w dupie, chcą tylko twojej kasy! Sama to kiedyś przeżyłam!
- Nie chce mi się z tobą gadać, Pani Najmądrzejsza. Cześć.
- Cody!
Ale on już był off-line.
- Kurwa mać! – zaklęłam pod nosem i wyszłam ze Skype’a. Wyłączyłam notebooka, położyłam go na podłodze i wyciągnęłam IPoda. Włączyłam swoją ulubioną piosenkę. (link)
Miałam ich wszystkich głęboko. Chciałam go przekonać do dobrego, ale to jego wina, że woli zło. Prędzej czy później się opamięta, ale nie zostanie z niego już nic z dobrego chłopaka.
Zakryłam twarz poduszką.
____________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że się spodoba. :D Pozdr. ;*
Zdjęłam buty i poszłam na górę.
- Nie jesteś głodna? – rzuciła tylko prędko Dorinda.
- Nie, mam na górze colę i mi starczy, dzięki. – przeskakiwałam co dwa stopnie. Musiałam szybko znaleźć się w pokoju.
Rzuciłam torebkę przy łóżku i poszłam szybko do mojej łazienki się przebrać w TO ) i związałam włosy w kucyk. Ułożyłam się na łóżku, stawiając przed siebie mojego notebooka (link). Od razu włączyłam Twittera, Facebooka i MySpace. Na Skype’ie od razu zaczęła dobijać się do mnie Dee. Zignorowałam ją tymczasowo, żeby skupić się na szukaniu tej jednej jedynej osoby, która mnie interesowała.
Cody Simpson.
Wreszcie znalazłam jego profil na Facebooku. Zobaczyłam, że jest on-line, więc spisałam jego nazwę Skype’a i zagadałam:
/rozmowa na Skype/
- Cześć.
Cisza.
- Hej. Kto ty?
- Nie domyślasz się? – uśmiechnęłam się pod nosem.
- No nie...RoxanneLullaby...Hm...
- Wysil się. – wstałam na moment, żeby wyjąć z małej lodówki schłodzoną puszkę coca-coli.
- Roxanne? Ta, ze szkoły?
- Możliwe. Dobra, to ja.
- Co chciałaś? – domyśliłam się, że nie jest zbytnio zainteresowany moją osobą. Zasmuciło mnie to i jednocześnie wkurzyło.
- Chciałam cię tylko przeprosić. Myślałam, że zbytnio nie chciałeś mi oddać tej bransoletki, albo ją po prostu ukradłeś i nie chciałeś się przyznać. Sorka.
- Spoko...Chyba. Nie rozumiem tylko jednego. Czemu nie zadajesz się ze Steph i innymi, skoro jesteś taka bogata i no wiesz... wszyscy chcą być tobą?
Przygryzłam dolną wargę.
- To długa historia, Cody...
- Mam czas. :)
- No spoko... No więc...Na początku, gdy tu przyszłam, nie byłam taka bogata. Mój tata siedział w więzieniu, a mama czepiała się każdej pracy, byleby tylko zrobić mi obiad. Wtedy wszyscy wytykali mnie palcami, zwłaszcza Stephenie i inni. Później okazało się jednak, że tata po wyjściu z pudła robi coraz większą karierę. Wciągnął też mamę. Zostali w mgnieniu oka najsławniejszymi i najbogatszymi ludźmi showbiznesu. Więc, także i ja byłam rozpoznawalna i sławna. Coraz więcej ludzi w szkole zaczęło się ze mną zadawać, pokrótce też i Stephenie zaprosiła mnie do swojej grupy. A, zapomniałam ci wspomnieć... – zrobiłam pauzę. – tylko dwoje ludzi na całą szkołę zaprzyjaźniło się ze mną, mimo, że oni byli całkiem nadziani, a ja nie. Andy i John. To oni zostali moimi najlepszymi przyjaciółmi aż do dzisiaj. No więc, byłam w grupie Steph, a zostawiłam na lodzie Dee i Johna. Czułam się trochę podle. Pewnego dnia Stephenie kazała mi przezwać Johna od najgorszych. Powiedziałam, że nigdy tego nie zrobię, w życiu. I odeszłam od nich, co zdziwiło wszystkich w szkole. Od tamtego czasu, omijam tę jej „grupkę specjalnej pomocy” z daleka, a trzymam z zaufanymi.
- O... – widocznie go zamurowało. – Nie wiedziałem, że oni są tacy...
- A co? Pewnie nagadali ci, że to ja jestem taka sławna lalusia, która zadziera noska?
- Coś podobnego. ;D
- Ech...Szkoda mi cię, Cody. Że wpadłeś w to towarzystwo, zamiast trafić na prawdziwych przyjaciół...
- Oni są moimi przyjaciółmi! Chcą po prostu, żeby żyło mi się lepiej. Żebym był wszędzie mile widziany!
- Cody! Nie rozumiesz! Oni mają cię w dupie, chcą tylko twojej kasy! Sama to kiedyś przeżyłam!
- Nie chce mi się z tobą gadać, Pani Najmądrzejsza. Cześć.
- Cody!
Ale on już był off-line.
- Kurwa mać! – zaklęłam pod nosem i wyszłam ze Skype’a. Wyłączyłam notebooka, położyłam go na podłodze i wyciągnęłam IPoda. Włączyłam swoją ulubioną piosenkę. (link)
Miałam ich wszystkich głęboko. Chciałam go przekonać do dobrego, ale to jego wina, że woli zło. Prędzej czy później się opamięta, ale nie zostanie z niego już nic z dobrego chłopaka.
Zakryłam twarz poduszką.
____________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że się spodoba. :D Pozdr. ;*
Zdjęcia.
Cześć, to znów ja! :D Cieszę się, że dzięki reklamie na blogu Natt (link) jest aż 8-miu obserwatorów! :D:D Ale nie z tej "okazji" piszę tę notkę. Zapomniałam dodać zdjęć "bohaterów nie głównych, ale też ważnych" xD No więc, o to te zdjęcia:
Andy Newton

John Millo

Stephanie Jordan

No i to na razie tyle. Jeśli później pojawią się inne osoby z listy "Inni" to dam ich zdjęcia. :D Pozdro. ;*
Drugi : „Bransoletka”
Na przerwie obiadowej zajęłam stolik pierwsza. Zdziwiłam się bardzo. Zawsze to Dee zajmowała stolik przed nami. No cóż, pomyślałam, pewnie coś im wypadło. Usiadłam samotnie na plastikowym krzesełku i wyjęłam z torby swój telefon (link). Weszłam na Twittera i zaczęłam przeglądać wpisy znajomych. Napisałam także swój.
„Dzień jak co dzień, ale atmosfera inna. :D W stołówce, czekając na Dee i Johna. Blondas zatrzymał się w mojej głowie, tak jak myślałam. Mam już dosyyyyć!”
Przygryzłam dolną wargę, nawet nie zauważając, jak ktoś się obok mnie skrada. Podniosłam zażenowana wzrok i jakże mnie wmurowało w krzesło!
- Uhm...Cześć. – odezwał się nieco nieśmiało Cody.
Mruknęłam coś niezrozumiałego pod nosem.
- Wiesz...Jestem Cody. – uśmiechnął się pod nosem.
- A ja Roxanne, ale to już chyba wiesz od swoich „przyjaciół”. – wyparowałam, robiąc cudzysłów w powietrzu. Wcześniej odłożyłam komórkę do torby.
Podrapał się niezgrabnie po głowie.
- No tak...Ale...Coś ci wypadło. Oni mi kazali ci to dać, bo podobno ścigała by mnie policja w całym kraju. – na jego usta wpełzł na sekundę kpiarski uśmiech. No tak, to był ten „efekt bachorzany”. Tak zachowywali się ludzie po przemianie. Po przebywaniu wśród nadzianych bachorów.
- Dobra, nie pieprz, mów lepiej, co mi tam niby ukradłeś. – wściekałam się powoli, ale widząc jego anielską i młodą twarz, zaraz wszystko ze mnie ulatywało.
- Nic ci nie ukradłem, okej?! Po prostu to znalazłem. Masz. Już nie będę ci robić kłopotu, księżniczko. – odłożył coś na stolik, skłonił się teatralnie i z kpiarskim uśmiechem wycofał się do swoich „podopiecznych”.
Zerkałam za nim, aż zorientowałam się, że coś na tym stoliku leży. Od niechcenia spojrzałam na tę ową rzecz.
Moja bransoletka! Bransoletka, którą dostałam od mamy na 12 urodziny! (link)
Była dla mnie okropnie, okropnie ważna. Boże, gdyby jednak te Bachory kazały mu zostawić tą bransoletkę...
Uświadomiłam sobie, jak go potraktowałam. Jak ostatniego śmiecia.
Drżącymi palcami założyłam sobie bransoletkę na prawą rękę. Popatrzyłam na lewo, na dużą grupkę. I wzdrygnęłam się.
Cody patrzył na mnie od czasu, gdy dołączył do „elity” , po naszej „kłótni”. Po tym, jak go tak potraktowałam.
Czułam, że już tu dłużej nie wytrzymam. Zabrałam torebkę i stukając obcasami, wyszłam ze stołówki, z impetem otwierając drzwi. Usłyszałam, że po moim wyjściu zapadła kilkusekundowa cisza.
- Roxx, nie zamartwiaj się. Nie potraktowałaś go tak źle. Po prostu myślałaś, że ją ukradł. A to bardzo prawdopodobne. – uspokajał mnie John.
Szczerze, to ich nie słuchałam.
- John, masz trochę racji. Nie wiadomo, czy on czasem nie specjalnie ją znalazł. Ale może jest inaczej? Może jednak naprawdę go nie znamy? A może tylko zachowuje się tak dziecinnie przy swoich kumplach? Przecież wiesz, co może zdziałać Stephanie, ich „przewodnicząca”. Jest bezwzględna. A może Cody jest tak naprawdę inny... – ciążyła mi ich obecność.
- Poczekajcie, dobra? Nic się nie stało. Znalazł moją bransoletkę. Ale oddał mi ją. Trochę go zjechałam, ale nic się nie stało! Było, minęło. Strasznie to przeżywacie. – dochodziliśmy właśnie do parkingu szkolnego, gdzie już czekało BMW z Jacksonem w środku.
- Podwieźć was? – zaproponowałam.
- Pewnie. – odpowiedzieli.
Wsiedliśmy do auta.
- Cześć Jackson! – przywitaliśmy się.
- Cześć dzieciaki. Dokąd dzisiaj?
- Hm... – spojrzałam na moich kumpli. – Może do Galerii?
- Tak, pewnie.
Jechaliśmy krótko. Żadne z nas już nie poruszyło tematu Cody’ego i zaginionej bransoletki.
A mnie naprawdę zastanawiało, czy on znalazł tą bransoletkę, czy może ją ukradł, jaki był naprawdę i czy chciał z własnej woli oddać mi moją własność, czy naprawdę zmusiły go Bachorzyska.
____________________________________________________________________________________
Chciałam podziękować Natt, mojej friend, że zgodziła się zareklamować mojego bloga. ;* Dzięki niej przybywa obserwatorów. :D Dzięki niej się wybijam. ;p :D Mam nadzieję, że podobają wam się rozdziały. Jakby co, piszcie na gg : 16038230 lub tutaj, w komentarzach. Zajrzyjcie na :
www.czokokalla.fbl.pl
www.kallsssss.odpowie.pl
Pozdro . ;*
„Dzień jak co dzień, ale atmosfera inna. :D W stołówce, czekając na Dee i Johna. Blondas zatrzymał się w mojej głowie, tak jak myślałam. Mam już dosyyyyć!”
Przygryzłam dolną wargę, nawet nie zauważając, jak ktoś się obok mnie skrada. Podniosłam zażenowana wzrok i jakże mnie wmurowało w krzesło!
- Uhm...Cześć. – odezwał się nieco nieśmiało Cody.
Mruknęłam coś niezrozumiałego pod nosem.
- Wiesz...Jestem Cody. – uśmiechnął się pod nosem.
- A ja Roxanne, ale to już chyba wiesz od swoich „przyjaciół”. – wyparowałam, robiąc cudzysłów w powietrzu. Wcześniej odłożyłam komórkę do torby.
Podrapał się niezgrabnie po głowie.
- No tak...Ale...Coś ci wypadło. Oni mi kazali ci to dać, bo podobno ścigała by mnie policja w całym kraju. – na jego usta wpełzł na sekundę kpiarski uśmiech. No tak, to był ten „efekt bachorzany”. Tak zachowywali się ludzie po przemianie. Po przebywaniu wśród nadzianych bachorów.
- Dobra, nie pieprz, mów lepiej, co mi tam niby ukradłeś. – wściekałam się powoli, ale widząc jego anielską i młodą twarz, zaraz wszystko ze mnie ulatywało.
- Nic ci nie ukradłem, okej?! Po prostu to znalazłem. Masz. Już nie będę ci robić kłopotu, księżniczko. – odłożył coś na stolik, skłonił się teatralnie i z kpiarskim uśmiechem wycofał się do swoich „podopiecznych”.
Zerkałam za nim, aż zorientowałam się, że coś na tym stoliku leży. Od niechcenia spojrzałam na tę ową rzecz.
Moja bransoletka! Bransoletka, którą dostałam od mamy na 12 urodziny! (link)
Była dla mnie okropnie, okropnie ważna. Boże, gdyby jednak te Bachory kazały mu zostawić tą bransoletkę...
Uświadomiłam sobie, jak go potraktowałam. Jak ostatniego śmiecia.
Drżącymi palcami założyłam sobie bransoletkę na prawą rękę. Popatrzyłam na lewo, na dużą grupkę. I wzdrygnęłam się.
Cody patrzył na mnie od czasu, gdy dołączył do „elity” , po naszej „kłótni”. Po tym, jak go tak potraktowałam.
Czułam, że już tu dłużej nie wytrzymam. Zabrałam torebkę i stukając obcasami, wyszłam ze stołówki, z impetem otwierając drzwi. Usłyszałam, że po moim wyjściu zapadła kilkusekundowa cisza.
- Roxx, nie zamartwiaj się. Nie potraktowałaś go tak źle. Po prostu myślałaś, że ją ukradł. A to bardzo prawdopodobne. – uspokajał mnie John.
Szczerze, to ich nie słuchałam.
- John, masz trochę racji. Nie wiadomo, czy on czasem nie specjalnie ją znalazł. Ale może jest inaczej? Może jednak naprawdę go nie znamy? A może tylko zachowuje się tak dziecinnie przy swoich kumplach? Przecież wiesz, co może zdziałać Stephanie, ich „przewodnicząca”. Jest bezwzględna. A może Cody jest tak naprawdę inny... – ciążyła mi ich obecność.
- Poczekajcie, dobra? Nic się nie stało. Znalazł moją bransoletkę. Ale oddał mi ją. Trochę go zjechałam, ale nic się nie stało! Było, minęło. Strasznie to przeżywacie. – dochodziliśmy właśnie do parkingu szkolnego, gdzie już czekało BMW z Jacksonem w środku.
- Podwieźć was? – zaproponowałam.
- Pewnie. – odpowiedzieli.
Wsiedliśmy do auta.
- Cześć Jackson! – przywitaliśmy się.
- Cześć dzieciaki. Dokąd dzisiaj?
- Hm... – spojrzałam na moich kumpli. – Może do Galerii?
- Tak, pewnie.
Jechaliśmy krótko. Żadne z nas już nie poruszyło tematu Cody’ego i zaginionej bransoletki.
A mnie naprawdę zastanawiało, czy on znalazł tą bransoletkę, czy może ją ukradł, jaki był naprawdę i czy chciał z własnej woli oddać mi moją własność, czy naprawdę zmusiły go Bachorzyska.
____________________________________________________________________________________
Chciałam podziękować Natt, mojej friend, że zgodziła się zareklamować mojego bloga. ;* Dzięki niej przybywa obserwatorów. :D Dzięki niej się wybijam. ;p :D Mam nadzieję, że podobają wam się rozdziały. Jakby co, piszcie na gg : 16038230 lub tutaj, w komentarzach. Zajrzyjcie na :
www.czokokalla.fbl.pl
www.kallsssss.odpowie.pl
Pozdro . ;*
piątek, 20 sierpnia 2010
Pierwszy : „Kolejna gwiazdka się pogubiła”.
Była 6:40. Dla mnie o wiele za wcześnie. Wstałam z łóżka, a mój pokój wygląda tak (link). Nie chciało mi się okropnie iść do szkoły, ale po chwili usłyszałam głos Dorindy, naszej pokojówki:
- Roxanne, wstawaj, śniadanie gotowe! – krzyknęła.
- Lecę, pędzę. – mruknęłam i włożyłam nogi w kapcie.
Podeszłam do szafy i w końcu wyjęłam TO. Poszłam szybko do łazienki i uczesałam się, umyłam, założyłam ciuchy i ułożyłam włosy. Stwierdziłam, że wyglądam cudnie. Uśmiechnęłam się.
Gdy zeszłam na dół, zauważyłam Dorindę, która ciągle coś robiła. A to sprzątała na stole, a to odkurzała, a to myła podłogę. Nie mogłam się nadziwić, ile ona ma siły.
- Dzięks. – rzuciłam jej, widząc tosta z nutellą. Mmm, pychota. Zjadłam i popiłam sokiem jabłkowym, moim ulubionym.
- Jackson już czeka na podjeździe. – poinformowała mnie pokojówka.
- Tsa, spoko. – podeszłam do drzwi. – Nara. – rzuciłam jej i zamknęłam za sobą drzwi.
Miała rację, nasz rodzinny kierowca czekał już w czarnym BMW (link). Wsiadłam na tylne siedzenie.
- Cześć. – powiedziałam z uśmiechem do mężczyzny po 40-tce. Był mega zabawny. Uwielbiałam go.
- Jak dzisiaj humorek, panno Burberry? Lepszy niż wczoraj? – odpalił auto i ruszył. Do mojej szkoły było ok. 20 min jazdy.
- Tsa. Chyba. Wybacz, ale dzisiaj z tobą nie pogadam. Jakoś... nie mam ochoty. – wzruszyłam ramionami i wyjęłam z torby mojego IPoda (link). Włączyłam Dirty Picture(link). W mig znaleźliśmy się pod szkołą. Wyjęłam słuchawki z uszu, ale nie wyłączyłam odtwarzacza. Wysiadłam.
- Do zobaczenia. – posłałam Jacksonowi przelotny uśmiech i z prostymi plecami, wysoko uniesioną głową i nieśmiałym uśmiechem ruszyłam ku budzie. Nadal słuchałam tej samej piosenki, strasznie mi się podobała.
Wszyscy na mnie patrzyli, to było pewne, ale nagle zobaczyłam jakąś nieznajomą twarz. Zmarszczyłam czoło. Blondynek stał wśród najgorszych z najgorszych. „Rozpieszczone bachorki”. Tak nazywałam ich razem z Johnem i Andy. Dzieciaki nadzianych kasą ludzi. Uważali się za lepszych, bo mieli to, co chcieli, nic nie robiąc. Uważałam, że byli żałośni.
Zignorowałam większą grupkę i podeszłam do siedzących na murku Andy i Johna. Uśmiechali się do mnie, więc im się odwdzięczyłam tym samym.
Wyłączyłam IPoda i schowałam go do torby.
- Widziałaś nowego? – zapytała prosto z mostu Andy.
Wzruszyłam ramionami.
- Może. To ten blondas?
- Tak. Cody Simpson. Dziwne, że go nie znasz. Jest początkującym piosenkarzem. Takie cóś a la Bimber. Nie wierzysz, ile ma lat. – powiedział jak zwykle mądry John.
- No oświeć mnie. – usiadłam obok Andy.
- 13.
Zebrało mi się na wymioty.
- Żartujesz?! Taki młodziak?! I już wśród Bachorów?! – pokręciłam głową.
- No właśnie. Musi być nadziany. Szkoda chłopaka. – dodała nieco smutna Andy.
- Kolejna gwiazdka się pogubiła. Nie pamiętasz Ali Lohan? – westchnęłam, słysząc dzwonek. Wstaliśmy.
- A jednak szkoda.
- Ty masz na niego chrapkę, Dee! – oskarżył ją John.
- Wcale nie! – naburmuszyła się Andy.
Zaciekawiło mnie, dlaczego taki młodziak już zadaje się z takim nieodpowiednim dla niego towarzystwem. Przygryzając wargę, weszłam razem z przyjaciółmi do budynku szkolnego. Obawiałam się, że ten cały Cody będzie mnie nękał w myślach cały dzień.
____________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że się podoba.
PS ; czy ktoś może wie, jak zrobić tak, by link znajdował się tylko w słowie TU ? to dla mnie b. ważne. ^^
EDIT : dzięki bardzo Natt ;*;* :D
- Roxanne, wstawaj, śniadanie gotowe! – krzyknęła.
- Lecę, pędzę. – mruknęłam i włożyłam nogi w kapcie.
Podeszłam do szafy i w końcu wyjęłam TO. Poszłam szybko do łazienki i uczesałam się, umyłam, założyłam ciuchy i ułożyłam włosy. Stwierdziłam, że wyglądam cudnie. Uśmiechnęłam się.
Gdy zeszłam na dół, zauważyłam Dorindę, która ciągle coś robiła. A to sprzątała na stole, a to odkurzała, a to myła podłogę. Nie mogłam się nadziwić, ile ona ma siły.
- Dzięks. – rzuciłam jej, widząc tosta z nutellą. Mmm, pychota. Zjadłam i popiłam sokiem jabłkowym, moim ulubionym.
- Jackson już czeka na podjeździe. – poinformowała mnie pokojówka.
- Tsa, spoko. – podeszłam do drzwi. – Nara. – rzuciłam jej i zamknęłam za sobą drzwi.
Miała rację, nasz rodzinny kierowca czekał już w czarnym BMW (link). Wsiadłam na tylne siedzenie.
- Cześć. – powiedziałam z uśmiechem do mężczyzny po 40-tce. Był mega zabawny. Uwielbiałam go.
- Jak dzisiaj humorek, panno Burberry? Lepszy niż wczoraj? – odpalił auto i ruszył. Do mojej szkoły było ok. 20 min jazdy.
- Tsa. Chyba. Wybacz, ale dzisiaj z tobą nie pogadam. Jakoś... nie mam ochoty. – wzruszyłam ramionami i wyjęłam z torby mojego IPoda (link). Włączyłam Dirty Picture(link). W mig znaleźliśmy się pod szkołą. Wyjęłam słuchawki z uszu, ale nie wyłączyłam odtwarzacza. Wysiadłam.
- Do zobaczenia. – posłałam Jacksonowi przelotny uśmiech i z prostymi plecami, wysoko uniesioną głową i nieśmiałym uśmiechem ruszyłam ku budzie. Nadal słuchałam tej samej piosenki, strasznie mi się podobała.
Wszyscy na mnie patrzyli, to było pewne, ale nagle zobaczyłam jakąś nieznajomą twarz. Zmarszczyłam czoło. Blondynek stał wśród najgorszych z najgorszych. „Rozpieszczone bachorki”. Tak nazywałam ich razem z Johnem i Andy. Dzieciaki nadzianych kasą ludzi. Uważali się za lepszych, bo mieli to, co chcieli, nic nie robiąc. Uważałam, że byli żałośni.
Zignorowałam większą grupkę i podeszłam do siedzących na murku Andy i Johna. Uśmiechali się do mnie, więc im się odwdzięczyłam tym samym.
Wyłączyłam IPoda i schowałam go do torby.
- Widziałaś nowego? – zapytała prosto z mostu Andy.
Wzruszyłam ramionami.
- Może. To ten blondas?
- Tak. Cody Simpson. Dziwne, że go nie znasz. Jest początkującym piosenkarzem. Takie cóś a la Bimber. Nie wierzysz, ile ma lat. – powiedział jak zwykle mądry John.
- No oświeć mnie. – usiadłam obok Andy.
- 13.
Zebrało mi się na wymioty.
- Żartujesz?! Taki młodziak?! I już wśród Bachorów?! – pokręciłam głową.
- No właśnie. Musi być nadziany. Szkoda chłopaka. – dodała nieco smutna Andy.
- Kolejna gwiazdka się pogubiła. Nie pamiętasz Ali Lohan? – westchnęłam, słysząc dzwonek. Wstaliśmy.
- A jednak szkoda.
- Ty masz na niego chrapkę, Dee! – oskarżył ją John.
- Wcale nie! – naburmuszyła się Andy.
Zaciekawiło mnie, dlaczego taki młodziak już zadaje się z takim nieodpowiednim dla niego towarzystwem. Przygryzając wargę, weszłam razem z przyjaciółmi do budynku szkolnego. Obawiałam się, że ten cały Cody będzie mnie nękał w myślach cały dzień.
____________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że się podoba.
PS ; czy ktoś może wie, jak zrobić tak, by link znajdował się tylko w słowie TU ? to dla mnie b. ważne. ^^
EDIT : dzięki bardzo Natt ;*;* :D
Postacie.
Cześć! Jestem Kalls, ale tutaj Little Miss Obssesive lub Obssesive. :D Oznajmiam tylko, że to nie jest mój pierwszy blog. Zaś różni się od innych diametralnie. ;p sami oceńcie, czy jest godny przeczytania. ^^
15 lat, ale wygląda młodziej. Córka Annie i Brandona Burberrych. Mieszka w Nowym Jorku od urodzenia, na Manhattanie. Jest znana jako „córka Brandona Burberry’ego, słynnego reżysera filmowego”. Próbuje podbić świat swoim prześlicznym głosem, ale że dopiero wpadła w ten świat, jeszcze nikt w ten sposób na nią nie patrzy. Nie lubi być uznawana za „rozpieszczonego bachorka” i „beztalencie”. Jej rodzice są strasznie nadziani i kupują jej, co chcą, ale jej się to zbytnio nie podoba. Chciałaby czasami pożyć jak zwykła nastolatka, bez ciągle kręcących się przy niej papparazzich i fotoreporterów. Ma małego, czarnego kotka, Aprillis, którego dostała od taty. Jej dwójka przyjaciół, John i Andy, to normalni nastolatkowie. Poznała ich, zanim jej tata został reżyserem, a jej matka aktorką. Uwielbia modę. Jest najmodniej ubraną dziewczyną w swojej prywatnej szkole. Nie za bardzo lubi sławne osoby, które zadzierają nosa. Sama taka nie jest. Potrafi grać na pianinie.
13 lat. Urodzony w Australii, Sydney. Ostatnio przeprowadził się do NY, na Manhattan, ponieważ rozwija karierę piosenkarza. Mieszka naprzeciwko Roxanne. Gra na gitarze, pianinie. Uwielbia muzykę. Jest nieśmiały, ale gdy poznaje innych bogatych dzieciaków, zmienia się nie do poznania. Staje się zarozumiały, późno wraca do domu i zadziera nosa, jak rozkapryszona gwiazdka. Te zachowanie niepokoi jego matkę, Jasmine Simpson. Cody uważa, że jak jest sławny, powinien robić, co mu się zachce. Tak przynajmniej wpijają mu do głowy jego nowi „przyjaciele”.
Inni :
- Andy Newton (przyjaciółka Roxie)
- John Millo (przyjaciel Roxie)
- Jasmine Simpson (mama Cody’ego)
- Annie i Brandon Burberry (rodzice Roxie)
- Jack Simpson (tata Cody’ego, jest po rozwodzie z mamą Cody’ego)
- Stephanie Jordan, Gary Mason, Joanne „Baby” Jersey, Jason Jordan, Kelly Harrods, Jake Joe (nowi “przyjaciele” Cody’ego, bogate, rozpieszczone bachory)
- Susie Tear, Marcus Daniels (przyjaciele Cody’ego z Australii)
- Hannah, Lilly i Maggie Burck (siostry, próbują poderwać Cody’ego, szkolne plastiki, mają własny zespół, ale okropnie śpiewają, nienawidzą Roxanne)
- i inni : nauczyciele, stylistki itp.
Oczekujcie pierwszego rozdziału niedługo. ;p
Roxanne Juliette Burberry

Cody Simpson

Inni :
- Andy Newton (przyjaciółka Roxie)
- John Millo (przyjaciel Roxie)
- Jasmine Simpson (mama Cody’ego)
- Annie i Brandon Burberry (rodzice Roxie)
- Jack Simpson (tata Cody’ego, jest po rozwodzie z mamą Cody’ego)
- Stephanie Jordan, Gary Mason, Joanne „Baby” Jersey, Jason Jordan, Kelly Harrods, Jake Joe (nowi “przyjaciele” Cody’ego, bogate, rozpieszczone bachory)
- Susie Tear, Marcus Daniels (przyjaciele Cody’ego z Australii)
- Hannah, Lilly i Maggie Burck (siostry, próbują poderwać Cody’ego, szkolne plastiki, mają własny zespół, ale okropnie śpiewają, nienawidzą Roxanne)
- i inni : nauczyciele, stylistki itp.
Oczekujcie pierwszego rozdziału niedługo. ;p
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)