Była 6:45 kiedy zadzwonił budzik. Mruknęłam coś pod nosem i wyłączyłam go dłonią. Zakryłam uszy poduszką.
- Skarbie... – nie wiedziałam, czy to sen czy prawda. Ale czyżbym słyszała głos mamy?!
- Mama...? – spytałam zaspana, mrugając powiekami i rozglądając się po pokoju.
Mama się zaśmiała.
- Tak, to ja. Wróciliśmy z tatą o 4 nad ranem.
- Ale fajnie. – uśmiechnęłam się i mocno ją przytuliłam. – A gdzie tata?
- Właśnie pojechał załatwić pewną sprawę... – w oczach mamy błysnęło coś dziwnego.
- Mamo, co jest? – lekko dźgnęłam ją w bok, kiedy zobaczyłam, że cicho się śmieje.
- Nic, Słońce. Idź się przebierz, zawiozę cię do szkoły. – poklepała mnie po kolanie i znowu z tym dziwacznym błyskiem w oku wyszła z pokoju i zeszła na dół.
Wiedziałam, co to oznacza. Że coś się kroi. Jakaś niespodzianka. A że ja uwielbiałam niespodzianki, ogromnie się ucieszyłam. Poszłam do łazienki, zakładając TO . Umyłam twarz, zęby, uczesałam się, a włosy związałam w wysoki kucyk. Fajnie wyglądałam, jak zwykle.
Poszłam na dół, do kuchni. Mama właśnie podawała do stołu dwie miski płatków z miodem. Nasze ulubione.
Zabrałyśmy się do jedzenia.
- Opowiadaj, jak tam w Kalifornii? – spytałam, jedząc powoli.
- Jak w Kalifornii. Gorąco.
- Kąpałaś się chociaż w oceanie? – spytałam z ekscytacją.
- No pewnie. A hotel, mówię ci. Cudo. Musimy cię z tatą kiedyś tam zabrać.
- Okej, trzymam cię za słowo. – zachichotałyśmy.
- Chodź, już chodź. – mama włożyła miskę do zlewu. Założyła ramoneskę i buty, po czym razem wyszłyśmy na podjazd, gdzie czekał samochód mamy (link). Wsiadłam na siedzenie pasażera, a mama kierowcy.
- Jejku, nie mogę się doczekać moich 16-tych urodzin... – rozmarzyłam się.
Mama odpaliła i ruszyłyśmy.
- Nie dziwne. W końcu to wielki dzień.
- No wiem...Oczywiście będę mogła zrobić ogromną imprezę, prawda?
- Hm...Zastanowię się. – mama się zaśmiała.
- Czyli to znaczy „tak”? Bo wiesz, marzył mi się Chelsea. – uśmiechnęłam się pod nosem. Chelsea Hotel był to jeden z najsłynniejszych hoteli w Nowym Jorku.
Mama chrząknęła, ale z uśmiechem.
- Musimy czekać na decyzję taty. Do twoich urodzin jeszcze miesiąc, więc mamy czas.
No tak, urodziłam się 16 czerwca, a był 16 maja. Jeszcze mieliśmy czas.
Dojechałyśmy pod moją szkołę.
- Podjechać po ciebie po lekcjach, czy chcesz czekać na tatę lub Jacksona?
- Zdzwonimy się. Cześć. – cmoknęłyśmy się w policzki. Wysiadłam i podreptałam w stronę szkoły.
Jak zwykle wszyscy się na mnie patrzyli, ale jak zwykle ich ominęłam, żeby wyszukać wzrokiem blond włosy i niebieskie oczy.
Był. Też się na mnie patrzył, a nie jak inni, na auto mojej mamy, która dopiero znikała za rogiem.
Przygryzłam wargę. Nie byłam gotowa, żeby z nim pogadać, twarzą w twarz. Poza tym, nie powinnam się z nim zadawać, skoro uważał za lepsze towarzystwo Stephenie i innych bachorów.
Poszłam prosto pod salę chemiczną.
- Co ty? Gadałaś z nim?! – szeptała zdziwiona i podekscytowana Andy.
- Boże, nie ekscytuj się. Tylko mu podziękowałam. I powiedziałam mu, dlaczego nie jestem u Nadzianych Inaczej, bo się zapytał. A później się pożarliśmy. Chciałam mu wytłumaczyć, że oni go zrujnują, ale nasz Słodki Cody uważa, że oni są the best i otworzą mu wszystkie drzwi do kariery. – mruknęłam, podenerwowana.
Nagle do klasy wszedł ktoś i wszyscy wokół mnie zamilkli. Ale tylko na sekundkę.
- Cody! Codusiaczek! – pisnęła Hannah Burck, podbiegając do blondyna i zarzucając mu ręce na szyję.
Jezu, jak ja jej nienawidziłam i tej jej tapety i tej jej okropnego stylu! I ten głos! Bleee!
Wszystkie siostrzyczki bliźniaczki Burck ubierały się tak samo. Zawsze najwięcej w tych „kreacjach”, oczywiście, było różu.
Odwróciłam się odruchowo i zobaczyłam Cody’ego, który powoli przekraczał próg sali. Uśmiechnął się do Hannah, ale ten uśmiech wyrażał bardziej dezaprobatę, niż miły stosunek do drugiej osoby. Ominął ją i usiadł w ostatniej ławce. Sam.
- Dee, co on tu robi?! – szepnęłam nerwowo.
- Ma z nami chemię. Trzy razy w tygodniu. Jakoś przecierpisz. – poklepała mnie po ramieniu Andy.
- A gdzie jego „świta” ? – spytałam ironicznie.
- Oni mają teraz matmę. Razem z Johnem. Biedaczek. Dobrze, że chociaż jeszcze tam jest Frankie. Przynajmniej będą się trzymać razem.
Zapomniałam, że w Stanach każdy uczeń ma oddzielny plan lekcji. Akurat tak się złożyło, że ja, Andy i John mieliśmy prawie wszystkie lekcje razem, tylko John miał oddzielnie matmę od nas. A Frankie był dalekim kuzynem Johna.
Wyszło więc, że Steph nic nie robiła, żeby każdą lekcję miała z Cody’m. Uśmiechnęłam się kpiarsko. Nasz Pan Rozkapryszony musiał być wielce niepocieszony tym faktem. Ale zdziwiło mnie też, czemu Stephenie nie walczyła o niego. Przecież tak się „ubóstwiali”! Chyba, że...że Cody właśnie chciał się od nich odizolować na chociaż jedną lekcję. Ale tej opcji nie brałam pod uwagę. Była zbyt mało prawdopodobna. Przecież oni „otworzą mu drzwi do kariery”!
Prychnęłam pod nosem, kiedy nasze spojrzenia się złapały. W jego oczach widziałam coś dziwnego...chęć przebaczenia? Chęć współpracy?
Albo mi się tylko zdawało.
- Witam Państwa! – zabrzmiała pani Marshmallow, kiedy tylko skończył się dzwonek.
Westchnęłam pod nosem, po czym spuściłam wzrok, starając się, aby już więcej na niego nie spojrzeć.
- Wiem już, gdzie prawdopodobnie odbędą się moje 16-te urodziny. – oznajmiłam tajemniczo Johnowi i Andy, kiedy zamyśleni szliśmy w kierunku boiska do kosza.
- Tak?! – pisnęła uradowana Dee.
- Gadaj. – puknął mnie lekko w ramię John.
- No więc...prawdopodobnie będzie to Chelsea Hotel. – zobaczyłam ich otwarte szczęki, wybuchnęłam śmiechem.
- Wow... – szepnęła tylko brunetka.
- Właśnie. – dopowiedział czarnul.
Już mieliśmy skręcać i iść prosto na boisko, kiedy znikąd pojawiło się autko mojego taty (link).
- Cześć Roxie! – uśmiechnął się. Spojrzał na Dee i Johna. – Cześć wam.
- Dzień dobry. – powiedzieli.
- Hej, Tatku! – weszłam do auta i przytuliłam tatę mocno.
- Wchodźcie, podwiozę was. – zaproponował tata.
Weszli na tylne siedzenie. Ja siedziałam z przodu.
- Tato, stęskniłam się. – uśmiechnęłam się do niego, kiedy ruszył.
- Ja za tobą też skarbie. A w domu czeka niespodzianka. – zachichotał.
- Jaka, jaka?! – wręcz krzyczałam.
- W swoim czasie.
Odwieźliśmy Andy i Johna. Byłam w domu z tatą o 19. Jeszcze poszliśmy do Burger Kinga, żeby pogadać i zjeść obiad.
- Cześć! – rzuciliśmy do mamy, która siedziała w salonie, oglądając w telewizji „E!” i trzymając coś czarnego na kolanach. Nadstawiłam uszu. To coś...miauczało?!
- Mamo! – krzyknęłam, zdejmując buty i rzucając torbę na podłogę, ale mama mnie uciszyła.
- Cicho, bo się wystraszy! – szepnęła, wskazując głową na czarny kłębek na swojej białej spódniczce.
Ukucnęłam przed tym czarnym „czymś” i pogłaskałam. Miało miękkie futerko i przyjemnie mruczało.
- To dla ciebie. – wyszeptali rodzice. Tata przytulił mamę ramieniem.
- Naprawdę? – zawsze chciałam mieć kota, od kiedy pamiętam. Wzięłam kłębek na ręce i pogłaskałam. Wtem spojrzała na mnie para żółtych, kocich oczu. Tak się przestraszyłam, że cicho jęknęłam. Później zachichotałam. - Jak go nazwiesz? – dopytywała się mama.
- Hm...nazwałabym cię Prima Aprillis...Ale...żeby było krócej, to Aprillis. Bo mnie tak zabawnie wystraszyłeś! – musnęłam nosem jego łepek. Aprillis miauknął.
- Dzięki, dzięki! – wycałowałam mamę i tatę.
Na chwilę chociaż zapomniałam o Cody’m i nieznośnych myślach.
__________________________________________________________________________________
Wiecie, co postanowiłam? Że będę dodawać tyle postów dziennie, ile mi się będzie chciało. :D Dzięki, za to, że dodajecie się do obs. ;* Mam nadzieję, że wam się podobają rozdziały. :D
Pzdr. ;*
Robi się coraz ciekawiej:)
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejne rozdziały;]
xNataliexx:):*